Obecnie jako Polacy mamy tendencję, aby na okres dwudziestolecia międzywojennego patrzeć z pewnym romantyzmem. Pamiętamy, że był to czas, w którym Polska tworzyła na nowo swoją państwowość. Z rozrzewnieniem wspomina się wojskowe defilady, parady czy pokazy musztry.
Pojawiło się podobne spojrzenie dla przywrócenia historii PRL. Wspomina się czasy strajków, działania opozycji tworzącej „Solidarność”, a także przywołuje się, nie wiedząc dlaczego, niemal z sentymentem budowę pierwszego powojennego samochodu marki „Warszawa”. Była ona siostrzanym odbiciem sowieckiej „Pobiedy”, a ta z kolei wierną kopią amerykańskiego Nasha Ambassadora Six Sedana rocznik 1942 i niemieckiego Opla Kapitäna z 1938 roku. Projekty ukradziono złowrogim imperialistom amerykańskim i niemieckim. Lubimy wspominać to, co dobre, a więc polską Merlin Monroe, rozmawiać o romansie Kmicica z Małgośką, ale pomijamy tragedię tych, którzy weszli na kurs kolizyjny z ówczesnym systemem władzy.
Jednym z elementów budowy ustroju w czasach PRL była bezkompromisowa walka z Kościołem. Wiadomo było powszechnie, że jeżeli ktoś myślał o partyjnej karierze, nie mógł uczestniczyć w niedzielnych mszach świętych czy chrzcić lub bierzmować swoich dzieci.
Sława jest czymś, co trzeba zdobywać.
Artur Schopenhauer
Honor natomiast czymś, czego nie wolno utracić.
niemiecki przedstawiciel pesymizmu w filozofii
21 stycznia 1953 roku przed Wojskowym Sądem Rejonowym w Krakowie rozpoczął się proces organizatorów i członków siatki wywiadowczej pozostającej na usługach wywiadu USA – księży Józefa Lelito, Franciszka Szymonka, Jana Pochopienia i Wita Brzeckiego. Na ławie oskarżonych zasiedli także Michał Kowalik, Edward Chachlica oraz Stefania Rospond. Proces toczył się w błyskawicznym tempie i zakończył w ciągu tygodnia. Rozprawy odbywały się w hali widowiskowej Zakładów Metalowych im. Szatkowskiego, zasłużonego działacza komunistycznego.
Przewodniczącym składu sędziowskiego był ppłk Mieczysław Widaj, absolwent Wydziału Prawa Uniwersytetu im. Jana Kazimierza we Lwowie. Na potrzeby tego postępowania został delegowany z warszawskiego WSR-u, gdzie pełnił funkcję szefa. W latach 1945-1953 był odpowiedzialny za skazanie na śmierć 106 polskich patriotów.
Wotowali mu płk Roman Waląg – wychowanek Uniwersytetu Jagiellońskiego (7 orzeczonych wyroków kary śmierci) oraz ppłk Bazyli Mielnik, prowincjonalny nauczyciel szkolny z rejonu Równego, absolwent Oficerskiej Szkoły Prawniczej z Mińska Mazowieckiego. Oskarżał Naczelny Prokurator Wojskowy płk Stanisław Zarakowski – przedwojenny rewident w Spółdzielni Rolniczej w Wilnie. Wydziału Prawa na Uniwersytecie im. Stefana Batorego nie ukończył, mimo twierdzeń przeciwnych z jego strony.
Księdza Józefa Lelito pseudonim „Starowolski” bronił adw. Zygmunt Rogowski, Stefanię Rospond z Kongregacji Żywego Różańca Dziewcząt adw. dr Karol Peczenik. Kontakt ze swoją klientką miał jedynie przez okres dziesięciu minut przed rozpoczęciem rozprawy. Pozostałymi obrońcami w tej sprawie byli adwokaci: Kazimierz Ostrowski, Roman Herman i Mieczysław Marszałek. Ksiądz Lelito był wikarym w Rabce-Zdroju, a jednocześnie od 1915 roku kapelanem Narodowej Organizacji Wojskowej.
Nowo utworzona władza przystąpiła do likwidowania tych diecezji, które najbardziej przeciwstawiały się sowietyzacji. Rozpracowanie środowiska kościelnego następowało w oparciu o fikcyjną korespondencję, kierowaną na przywołane na ten cel nazwiska osób zamieszkałych na zachodzie Europy. Celem procesu krakowskiego było skompromitowanie kościoła katolickiego w Polsce i przedstawienie go opinii publicznej jako niebezpiecznej „reakcyjnej agentury Watykanu”.
Aresztowanego ks. Józefa Lelito w czasie brutalnego śledztwa nakłoniono, by wskazał osoby dwóch notariuszy kurii, którzy rzekomo mieli mu udzielać informacji „szpiegowskich”, tj. Wita Brzeckiego i Jana Pochopienia.
Kanclerz kurii ks. Bolesław Przybyszewski przekazał funkcjonariuszom Służby Bezpieczeństwa w trakcie rewizji dewizy zgromadzone na funduszu przeznaczonym dla osób ubogich. Te środki płatnicze uzyskiwano w różnych formach z zagranicy. Kanclerzem zawładnął paniczny lęk. Zaczął się ukrywać na strychu kościoła św. Wojciecha w Krakowie, ale został wydany Urzędowi Bezpieczeństwa przez ks. Władysława Gałata, rektora tegoż kościoła.
W okresie niemieckiej okupacji hitlerowcy nie mieli odwagi wejść do pałacu biskupiego, szanując kardynała Adama Sapiehę. Służba Bezpieczeństwa uczyniła to bez jakichkolwiek zahamowań realizując wolę rządzących.
W przemówieniu oskarżycielskim prokurator Zarakowski stwierdził: „proces wykazał, jak głęboko upadli ludzie, którzy na pasku watykańskim poszli przeciwko Polsce na usługi imperializmu amerykańskiego. Dla takich ludzi Polska będzie bezlitosna”, po czym złożył wnioski domagając się dla trzech oskarżonych kary śmierci, dla pozostałych zaś dożywotniego więzienia oraz kar w wymiarze 15, 10 i 8 lat pozbawienia wolności.

Zaskakujące negatywnie są przemówienia obrońców, co wynika ze stenogramu rozprawy. Wrogi stosunek do Polski Ludowej Krakowskiej Kurii Metropolitalnej miał wpływ na czyny oskarżonych, podkreślali adwokaci, a ponadto na ich postawy oddziaływało wychowanie, jakie odebrali w Katolickim Stowarzyszeniu Młodzieży Męskiej i Żywym Różańcu Dziewcząt, a także w seminariach duchownych. Obrońcy przywołali „perfidne metody” werbowania agentów przez wywiad amerykański. W konkluzji prosili sąd o złagodzenie kar, nie precyzując dokładnie jednak swoich stanowisk w tym zakresie.
Sąd orzekający uznał wszystkich „sprawców” za agentów wywiadu amerykańskiego bądź członków siatki szpiegowskiej.
Na karę śmierci zostali skazani Edward Chachlica, Michał Kowalski i ks. Józef Lelito. Wobec ks. Franciszka Szymonka orzeczono karę dożywotniego pozbawienia wolności, wobec pozostałych kary więzienia w rozmiarze dla ks. Wita Brzeckiego 15 lat, Jana Pochopienia 8 lat i Stefanii Rospond 6 lat.
Gdy w celach więzienia na Montelupich trzech skazanych oczekiwało na wykonanie orzeczonego wyroku, członkowie Związku Literatów Polskich w Krakowie uchwalili w dniu 8 lutego 1953 roku rezolucję potępiającą skazanych.
Rezolucja brzmiała: „W ostatnich dniach toczył się w Krakowie proces grupy szpiegów amerykańskich powiązanych z krakowską Kurią Metropolitarną. My zebrani w dniu 8 lutego 1953 roku członkowie krakowskiego Oddziału Związku Literatów Polskich wyrażamy bezwzględne potępienie dla zdrajców Ojczyzny, którzy wykorzystując swe duchowe stanowiska i wpływ na część młodzieży skupionej w KSM działali wrogo wobec narodu i państwa ludowego, uprawiali – za amerykańskie pieniądze – szpiegostwo i dywersję.
Potępiamy tych dostojników z wyższej hierarchii kościelnej, którzy sprzyjali knowaniom antypolskim i okazywali zdrajcom pomoc, oraz niszczyli cenne zabytki kulturalne. Wobec tych faktów zobowiązujemy się w twórczości swojej jeszcze bardziej bojowo i wnikliwie niż dotychczas podejmować aktualne problemy walki o socjalizm i ostrzej.”
Jedną z osób podpisujących się pod wyrokami śmierci na krakowskich duchownych była poetka Wisława Szymborska, późniejsza noblistka. Nie poczuła ona nigdy w okresie późniejszym potrzeby przeproszenia za ten haniebny czyn. W dacie rezolucji była kierownikiem działu poezji krakowskiego „Życia Literackiego”. Dr Stanisław Krajski z Katolickiej Gazety Internetowej napisał: „Szymborska mogła teraz po latach wyrazić żal i skruchę oraz potępienie dla stalinizmu w świetle jupiterów. Mogła przeprosić Kościół i Polaków. Mogła w obecności kamer telewizyjnych złożyć kwiaty na grobach księży, których życie skróciły cierpienia wywołane aktem, który wsparła osobiście. Mogła też, w ramach zadośćuczynienia przekazać niewielką choćby część swojego olbrzymiego majątku na rzecz Kościoła krakowskiego.
Ona zaś bez słowa, z uśmiechem przyjęła z rąk przedstawicieli krakowskich władz samorządowych tytuł Honorowej Obywatelki Miasta, który, w tym wypadku był swego rodzaju kpiną i nową hańbą, już nie tylko dla niej.”
Rezolucja podpisana została przez 53 sygnatariuszy, bezpośrednio po zapadłym wyroku skazującym duchownych na karę śmierci w sfingowanym procesie pokazowym i to w czasie, gdy oczekiwali na wykonanie egzekucji. Legitymizowała ona wydane wyroki, akceptując propagandową nagonkę na Kościół katolicki. Dawała tym samym władzom PRL pretekst do dalszego zaostrzenia represji wobec osób wierzących.
Odezwę podpisali także między innymi uczestnik wojny polsko-bolszewickiej adwokat i pisarz Karol Bunsh, Andrzej Kijowski – krytyk literacki, eseista i prozaik, Jalu Kurek – członek awangardy krakowskiej, Władysław Machejek, Sławomir Mrożek oraz poeta Julian Przyboś.
W kilka dni po upublicznieniu stanowiska literatów w dniu 5 marca 1953 roku zmarł Józef Stalin. Odstąpiono od wykonania orzeczonych kar śmierci. Ten fakt jednak nie może w żaden sposób usprawiedliwiać haniebnego zachowania krakowskich intelektualistów.
Wyrok został uznany za nieważny dopiero w 1992 roku przez Sąd Warszawskiego Okręgu Wojskowego.
Proces kurii krakowskiej nie skończył się z chwilą zapadnięcia wyroku w styczniu 1953 roku. Jego dalsze losy były bardzo skomplikowane. Obrońcy złożyli od wyroku rewizje, które według Filipa Musiała i Marka Lasoty, autorów książki „Kościół zraniony”, miały charakter „udawany” lub „realny”. Te pierwsze środki odwoławcze wnieśli chyba dla uspokojenia sumienia obrońcy księży Lelito, Pochopienia i Szymonka oraz Michała Kowalika.
Odmienne od nich, charakterystycznych dla serwilistycznej postawy „wojskowych prawników”, były skargi procesowe skierowane do Naczelnego Sądu Wojskowego przez Kazimierza Ostrowskiego broniącego ks. Wita Brzeckiego i Edwarda Chachlicę oraz Karola Peczennika występującego w imieniu Stefanii Rospond. Obaj adwokaci nie popadli w typową dla pozostałych skarg uniżoność, a skoncentrowali się na wskazaniu formalnych uchybień poczynionych przez sąd I instancji. Zarzucili ponadto sądowi błędne ustalenie okoliczności sprawy, jak również liczne rozbieżności dowodowe.
W dniu 1 kwietnia 1953 roku Najwyższy Sąd Wojskowy w składzie: przewodniczący płk Aleksander Tomaszewski i sędziowie Leo Hochberg i Zdzisław Gołębiowski pozostawili rewizję bez uwzględnienia, utrzymując wydany wyrok w mocy. Orzeczone kary śmierci dopiero w dniu 21 sierpnia 1953 roku zamieniono decyzją Rady Państwa na dożywotnie więzienie.
W tym samym 1953 roku, ale we wrześniu, odbył się przed Wojskowym Sądem Rejonowym w Warszawie proces bp Czesława Kaczmarka ordynariusza diecezji kieleckiej. Na ławie oskarżonych zasiedli także księża i świeccy pracownicy kurii. Trwał on zaledwie osiem dni.
Skład sędziowski tworzyli wspomniany już wcześniej jako przewodniczący ppłk Widaj oraz ppłk Kazimierz Stojanowski (szef szczecińskiego WSR), ppłk Jan Radwański (szef poznańskiego WSR) oraz por. Jan Paramonow (sędzia WSR w Warszawie). Oskarżał płk Stanisław Zarakowski, który za udział w obu procesach otrzymał generalskie szlify. W roku 1991 został zdegradowany przez prezydenta Lecha Wałęsę, bez odebrania mu jednak odznaczeń. Uniknął odpowiedzialności za swoje czyny zarówno w okresie PRL jak i III RP. Biskupa bronił mec. Mieczysław Maślanko, a właściwie Mojżesz Maślanko. Pretekstem do oskarżenia była znajomość Czesława Kaczmarka i jego osobiste kontakty z ambasadorem USA w Warszawie Arthurem Bliss Lane’em.
W dniu 21 września w późnych godzinach wieczornych zamknięto postępowanie dowodowe i w prawie dwugodzinnym zanurzonym w nowomowie wystąpieniu prokurator Zarakowski zaatakował całą hierarchię kościelną, a nie tylko jej „reakcyjną część”, odmawiając równocześnie oskarżonym prawa do polskości.
Wystąpienie adw. Mieczysława Maślanki trudno uznać za pomagające swojemu klientowi. Nie twierdził, że biskup Kaczmarek nie popełnił zarzucanych mu przestępstw, przyznał jednak, że duchowny zdradził naród, kolaborował, szpiegował i kierował antypaństwowym ośrodkiem. W pełni zatem utożsamiał się z procesową inscenizacją, a jako okoliczność łagodzącą podniósł jedynie to, że uległ on presji Episkopatu i Stolicy Apostolskiej, co spowodowało, że znalazł się w trudnym dla siebie położeniu.
Słowa te miały znamienny i pożądany przez reżyserów tego spektaklu sądowego efekt; sugerowały, że głównym winowajcą w całej sprawie był nie biskup Kaczmarek, ale najwyżsi dostojnicy polskiego kościoła. W ramach puenty Maślanko z niefortunnym efektem sparafrazował aforyzm Wincentego Rzymowskiego przywódcy Stronnictwa Demokratycznego: „tu leży wielki dostojnik w infule, który pisał na przemian donosy i bulle.” Słowa te wywołały ogólną wesołość na sali.
Kończąc swoje wystąpienie adwokat poprosił o łagodny wymiar kary dla księdza. Czesław Kaczmarek został skazany na karę 12 lat więzienia między innymi za próbę obalenia przemocą ustroju PRL i współpracę z okupantem niemieckim.
W trzy dni po zakończonym procesie doszło do zatrzymania kardynała Stefana Wyszyńskiego i biskupa pomocniczego Archidiecezji Gnieźnieńskiej Antoniego Baraniaka. Dopiero w 1990 roku biskup Czesław Kaczmarek został ostatecznie zrehabilitowany.
W dniu 16 maja 1957 roku Rada Adwokacka w Warszawie podjęła uchwałę o skierowaniu do rzecznika dyscyplinarnego sprawy adwokata Maślanki dotyczącej sposobu wykonywania przez niego obrony w tej sprawie. Nastąpiło to na skutek zażalenia złożonego przez biskupa, jak również przewodniczącego Komisji do badania działalności obrońców – adwokatów w tzw. procesach „tajnych”.
W 1956 roku Widaj został zwolniony z zawodowej służby wojskowej. Komisja Mazura badająca „przejawy łamania praworządności” przez stalinowskich funkcjonariuszy nie dostrzegła lub nie chciała dostrzec uchybienia sędziowskiego sumienia. Po zdjęciu munduru został radcą prawnym w Centralnym Laboratorium Chemicznym, a następnie Komendy Garnizonu m.st. Warszawy.
Kiedy zmarł w styczniu 2008 roku, rodzina chciała go pochować na cmentarzu parafialnym kościoła św. Katarzyny na warszawskim Służewcu. Nie byłoby w tym nic dziwnego, bowiem pogrzeb należy się każdemu śmiertelnikowi – gdyby jednak nie jeden „drobiazg”; na tej samej nekropolii leżą ofiary z orzeczonych przez niego i wykonanych następnie kar śmierci. Pogrzeb został wstrzymany dzięki protestowi, jaki na ręce metropolity warszawskiego Kazimierza Nycza złożył wicemarszałek Senatu Zbigniew Romaszewski. Kuria próbowała interweniować, ale senator publicznie argumentował: „zbrodniarz, który ma tyle krwi na rękach, nie może być chowany na cmentarzu katolickim. Od tego są cmentarze komunalne.” Pogrzeb miał odbyć się ze specjalną oprawą, bo zadbali o to towarzysze skupieni w organizacji komunistycznych weteranów. Ostatecznie jednak pochówek Widaja odbył się bez rozgłosu na Ursynowie. W kilka miesięcy później wobec licznych protestów rodzin jego ofiar, szczątki zostały ekshumowane i przeniesione na jeden z cmentarzy w okolicach Grodziska Mazowieckiego.
Należy podnieść w tej publikacji jeszcze dwie istotne kwestie prawne. W dniu 9 lutego 1953 roku, a więc po pierwszym procesie krakowskim, Rada Państwa wydała Dekret o tworzeniu, obsadzaniu i znoszeniu duchownych stanowisk kościelnych. Reżimowi księża pod nadzorem XI Departamentu Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego zajmującego się kościołem byli zastępowani spolegliwymi kapłanami.
Dramatyczne dni z końca września 1953 roku można uznać za szczytowy moment antykościelnej polityki władz PRL, kontynuowanej w następnych miesiącach, kiedy to bp Kaczmarek i inni księża pozostawali już w więzieniach lub na internacji. Pogrążony w kryzysie Episkopat Polski, pozbawiony swojego lidera – Prymasa, szybko podpisał oświadczenie przygotowane przez Bolesława Piaseckiego ze stowarzyszenia PAX potępiające biskupa Kaczmarka. PAX zrzeszał katolików współpracujących z władzami komunistycznymi.
W grudniu 1953 roku hierarchowie polskiego kościoła złożyli upokarzające ślubowanie na wierność PRL-owi. W ostatnich dniach października 1956 roku Prymas Polski Stefan Wyszyński opuścił miejsce internowania w klasztorze sióstr Nazaretanek w Komańczy w Bieszczadach po trzech latach pozbawienia go wolności bez jakiegokolwiek wyroku. Bolesław Piasecki, przedwojenny przywódca Ruchu Narodowo-Radykalnego „Falanga” bezskutecznie namawiał kardynała, aby ten uznał prawo Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej do typowania kandydatów na stanowiska biskupie.
Na zakończenie pozwolę sobie przytoczyć prawdziwe anegdotyczne zdarzenie z 1954 roku ze spotkania pracowników aparatu partyjnego z rolnikami w jednej z biedniejszych wsi w Małopolsce. Wiemy, że od zawsze polska wieś była bardzo katolicka i dlatego prelegenci stosowali argumentację mającą dyskredytować powojennych „obszarników” i „pazerny” polski kler. Gdy politruk w zadowoleniu opowiadał o „pasożycie proboszczu” z sąsiedniej parafii, który uzależniony od hazardu przegrał w karty jednego dnia sumę około 20 tysięcy złotych, a następnego podobną kwotę, patrząc na zgromadzonych w wiejskiej świetlicy, zapytał: „i co wy o tym, wykorzystywani przez kościół sądzicie?”. Wówczas wstał małorolny chłop i głośno odpowiedział: „cosik mi się widzi, że karta cholernie mu w tych dniach nie szła”. Morał z tego jest taki, że „słabość” okazują lękliwi, ale bywają także odważni.
A zamykając problem realizacji obrony w czasach stalinowskich przed sądami wojskowymi, to należy pamiętać, że na listę wpisywano jedynie adwokatów, którzy zyskali aprobatę Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. Były dwie kategorie obrońców wojskowych – jedni do procesów zwykłych i drudzy dopuszczeni do spraw tajnych. Na tej ostatniej figurowali adwokaci (w tym Maślanko, słuchacz wykładów takiej znakomitości jak profesor Leon Petrażycki, prawnik specjalizujący się w zagadnieniach moralności), którzy musieli przestrzegać ubeckich zasad.
Józef Światło, słynny wicedyrektor Departamentu X MBP, po ucieczce w 1953 roku za granicę (w obawie przed czystkami po aresztowaniu Ławrientija Berii) wyjawił, że dla pewności procesowych zatwierdzani byli jako obrońcy w dużej mierze adwokaci, przeciwko którym bezpieka posiadała kompromitujące materiały. Radzie obrońców w tajnych procesach politycznych przewodniczył właśnie Maślanko. Miał tak wysokie honoraria, że wielu nie było stać na jego udział w procesie. Wynosiły one około 3 tysięcy złotych, kiedy robotnik zarabiał przeważnie od 500 do 800 złotych (po wymianie pieniędzy w 1950 roku).
Światło ujawnił fakt rozmowy w jego obecności adwokata Maślanki z Romanem Romkowskim – wiceszefem bezpieki. Dotyczyła ona obrony oskarżonego Adama Doboszyńskiego, przedwojennego działacza narodowego, skazanego w procesie na karę śmierci (wyrok wykonano 29 sierpnia 1949 roku). Maślanko przekonywał Doboszyńskiego, że powinien się przyznać do winy, co wpłynie na złagodzenie kary. Rozmowa obu była nagrywana w trakcie podsłuchu.
Szef Departamentu Służby Sprawiedliwości płk Henryk Holder zalecał nieutrzymywanie z adwokatami kontaktów towarzyskich, twierdząc, że „porządni ludzie tacy jak Maślanko są w adwokaturze rzadkością”.
Autor artykułu poleca ciekawy wywiad ze Stefanią Szacoń (z domu Rospond) w temacie procesu kurii krakowskiej:
https://ingremio.org/wp-content/uploads/wywiad_ziemia_lisiecka.pdf