Zbiór powiązanych, choć swobodnych myśli o samorządzie, a może swobodnych, choć powiązanych?
Zupełnie jak my, tworzący ostatecznie całość…
Postępowanie dyscyplinarne to coś, nad czym głębiej się nie zastanawiamy. Wiążąc z kłopotami, przykrym skutkiem „niepowodzenia”, bliżej nam do stwierdzenia o jego nieprzydatności niż refleksji nad jego istotą.
Od jakiegoś czasu mam w głowie słowa kolegi adwokata usłyszane podczas przeprowadzonej u niego wizytacji kancelarii: „mi dziś samorząd nic nie daje, jego istnienie sprowadza się do funkcji straszącej dyscyplinarnym postępowaniem albo kontrolą wizytacyjną, gdzie musze się tłumaczyć, że działam prawidłowo, a przecież powinien wspierać i być użyteczny…”.
I powstaje pytanie, które stawia sobie samorząd już od jakiegoś czasu, a które dotyka utożsamiania się jednostki z samorządem (bo niewątpliwie mamy dziś kryzys tożsamości). Nie wystarczy już fakt obowiązkowego przynależenia, bo kiedy nie musisz być dokładnie tu, to zadajesz sobie pytanie, czy chcesz. (A być nie musisz, bo przy upodobnianiu zakresu uprawnień zawodowych istnieje możliwość choćby zmiany barwy żabotu).
Zatem, na czym budować poczucie przynależności do samorządu postrzeganego jako zbiór przykrych obowiązków?
Niby kochać powinno się bez powodu, zgodnie z teorią, że kocha się pomimo czegoś, a nie za coś (definicja miłości jako uczucia nieopartego na korzyściach). A jednak bliższa jest nam taka semantyka, kiedy mówimy: kocham za, nie kocham, bo… I w tym kontekście samorząd jest jako rozczarowujący stary kochanek śpiewający niemodną już piosenkę. Kiedy ją słyszymy, to czujemy sentyment, ale już nas nie porywa…
Czy wyjściem z sytuacji są one, chwile uniesienia – ulotne korzyści, karta paliwowa ze zniżką, oferta na zakup tańszego podpisu elektronicznego, które daje nam samorząd? Krótkie przyjemności pozostawiające uczucie niedosytu? A potem wracamy do rzeczywistości i trudów dnia zawodowego. I fundamentów samorządu, które może nas krępują, a na pewno dają ciężar odpowiedzialności, którego nie zmienimy. To ciężar pilnowania ram opisujących nasze cele – zasady etyki w zawodzie zaufania publicznego. Nie dość, że musimy go nosić, to jeszcze tłumaczyć się z tego, czy aby prawidłowo. Ale w końcu postępowanie dyscyplinarne jest kwintesencją oddania nam zaufania społecznego. Powierzenie musi skutkować możliwością kontroli nad prawidłowością wykorzystywania tego zaufania. Więc czy samorząd, wykonujący zadania w ramach sądownictwa dyscyplinarnego, może nieść jakąś korzyść dla adwokata, może być wspierający i użyteczny dla jego członków? Może dać wartość na tyle, by chcieć w nim pozostać? Przestrzec przed błędem. Pomóc przejść trudny moment.
Podczas szkolenia Pionu Dyscyplinarnego Adwokatury, kiedy spotkali się sędziowie i rzecznicy ze wszystkich izb i z organów nadrzędnych, został wywołany temat stosowania mediacji. Teza o korzystaniu z niej w toku postępowania dyscyplinarnego okazała się nieoczywista. Wywołała dyskusję nad rolą sądownictwa, pojawiły się głosy obawy. Czy mediacja jest potrzebna w sądownictwie dyscyplinarnym? I czy jesteśmy na nią gotowi?
Pojawiły się wątpliwości, że mediacja chce zamieść delikty dyscyplinarne pod dywan, że nie może zastąpić wymiaru sądownictwa dyscyplinarnego. Jak często z tym myśleniem spotykamy się w wymiarze sądownictwa powszechnego, z brakiem chęci uprzywilejowania sprawcy nawet za cenę rekompensaty pokrzywdzonemu krzywd czy szkód, choć przecież jej działanie jest zazwyczaj uboczne, nastawione na inne cele, które mogą współistnieć.
Na marginesie, to ciekawie krzepiące, jak łączy nas przywiązanie do wiary w sprawiedliwość represyjną, po której stronie byśmy nie byli. To szkolenie dyscyplinarne pokazało przywiązanie do wartości również po drugiej stronie, kiedy pełnisz rolę prokuratora, kiedy wchodzisz w rolę sędziego. Szczególnie w tym pierwszym przypadku – działanie w imię systemu dla wartości, w obronie norm etycznych, na których opiera się samorząd stawiany jako główny cel, od którego nie można odstąpić. A zarazem mam taką refleksję, że trudno jest działać rzecznikom w postępowaniu dyscyplinarnym, ocierając się prawie o zarzut przejścia na „drugą stronę”. Czy rzeczywiście? Przecież bycie rzecznikiem nie powoduje, że sprzeniewierzamy się swojemu zawodowi, mimo że w systemie funkcjonujemy w zupełnie odmiennej roli niż oskarżyciela. Ostatnimi czasy w sądownictwie powszechnym tak mocno akcentujemy bycie po dwóch różnych stronach z prokuratorami. A to co nas łączy, to wiara w te same wartości, dla których wykonujemy nasze zawody…
A w mediacji trzeba szukać użyteczności. Patrzenia przez pryzmat umówienia się na zgodę, możliwości zachowania wizerunku, zmniejszenia kary. Ba, nawet uniknięcia roli obwinionego czy skazania. I nie ma w tym nic złego. Jesteśmy dla naszego samorządu. Mamy wspierać naszych członków, szczególnie kiedy użyteczność pociąga za sobą skutki w postaci korzyści dla innych uczestników, dla pokrzywdzonego naprawy błędu, zaniechania kolejnego, odbudowania zaufania. A zatem ta użyteczność znajduje zastosowanie również na poziomie celów samorządu. Niekorzystanie z tego środka byłoby odmową uczynienia samorządu użytecznym.
Dzisiaj wymaga to jednak przede wszystkim szerokiego dialogu środowiskowego, zgody na uwzględnienie w szerszym wymiarze w sądownictwie dyscyplinarnym pokrzywdzonego i właśnie obwinionego, następnie poszukiwania rozwiązań i ujednolicenia przepisów korporacyjnych, w końcu wdrożenia obowiązku informacyjnego.
A gdzie szukać pomocniczości samorządu dla jego członków? Zebranie członków wszystkich izb z pionu dyscyplinarnego pokazało, że posiadamy zasób wiedzy. Tworzymy mądrość, którą sami wypracowujemy. A następnie tą wiedzą się nie dzielimy. Struktura podziału na izby i wrodzone poczucie autonomii każdej z nich, skazuje nas praktycznie na alienację, wymusza odkrywanie tego, co odkryli już inni, stanowi marnowanie czasu i energii. Tak samo dzieje się na poziomie izby. Nie posiadamy mechanizmów dzielenia się wiedzą i przepływu informacji w organizacji. Jakie straty to powoduje. Nie osiągamy wyników, a w tym kontekście wynikiem mogłoby być brak przedawnień, szybsze sądzenie, sprawiedliwsze albo po prostu przykładające podobne kryteria i podobnie oceniające konkretne trudne przypadki przekroczenia normy etycznej. Ostatecznie skazuje nas to na niepewność prawa, poczucie, że nie wiadomo, czego się spodziewać, brak możliwości głębszej refleksji, brak poczucia wspólnoty w tym zakresie, ocenę wymiaru sprawiedliwości dyscyplinarnej jedynie jako zagrożenia.
Dzielenie się wiedzą między izbami, między sędziami i rzecznikami oraz między członkami izb byłoby pomocne. Może ustrzegłoby od błędu, może odczarowało postępowanie dyscyplinarne, może dało pewność, czego oczekiwać? Może uczyło postawy brania odpowiedzialności za swoje błędy, a nie panicznego strachu i zaprzeczania, albo instrumentalnej proceduralnej obrony nastawionej na przykład na przedawnienie, której trudno się dziwić, skoro nie buduje wspólnoty i poczucia odpowiedzialności. Poczucie autonomiczności w podejmowaniu decyzji przy sądzeniu nie może blokować ustalania wspólnej linii orzeczniczej. Nie jesteśmy luźno funkcjonującymi elektronami, jesteśmy zorganizowani w jeden twór – izbę – cały samorząd. Dzielenie się wiedzą w ramach pionu dyscyplinarnego jednej izby i między izbami – i co ważniejsze, dzielenie się wiedzą z członkami izby jako spełnienie pomocniczości samorządu dla jego członków. Wymaga to jednak wprowadzenia mechanizmów dzielenia się wiedzą, ustrukturyzowania przepływu informacji, opracowania kanałów i zmian w mentalności, poprzez uznanie prymatu uczenia się nad autonomią poszczególnych izb. Mimo swej odrębności tworzymy jeden organizm, ostatecznie funkcjonujący wspólnie, i tak oceniany. Dopiero suma informacji zewnętrznych i wewnętrznych, właściwy ich przepływ i analiza daje decydentom w organizacji narzędzia do świadomego i odpowiedzialnego podejmowania decyzji, zarówno tych strategicznych, jak i drobnych.
Kiedy patrzysz na Samorząd i zadajesz sobie pytanie, czy „chcesz z nim być”, stajesz przed dylematem, czy szukać samorządu zachwycającego, uwodzącego ułatwieniami, obietnicami, czy szukać wartości w tym, co nieoczywiste? Czy postulat pozostania przy trudniejszym jest skazany na niepowodzenie? Może trzeba wykonać wysiłek, spojrzeć z perspektywy i szerzej, przyjrzeć się wartościom Adwokatury i powiązać z indywidulanym adwokatem, dla którego w końcu tworzymy samorząd, potem skorygować kurs i zmienić swoje zachowania. To dziś wyzwanie dla władz Adwokatury. To też wyzwanie dla członka samorządu. Tak robią ludzie dorośli. Może trzeba poszukać wartości, a nie pozostawiać samemu sobie samorząd, bo nie daje łatwych rozwiązań?. To zawsze trudniejsze niż szukanie łatwego zachwytu, ale czy nie jest przez to cenniejsze? Trudno od stulatka wymagać podrygów, można i trzeba się spodziewać raczej wyważonego spokoju… Wsparcia i użyteczności. Może trzeba te wartości odszukać. Za to kocha się, mimo że pierwszy zachwyt minął. Za to chce się być razem…