Niestety. Stało się. Prawnicy togowi mają nowego przeciwnika – już nie krwi żądny minister sprawiedliwości, już nie ustawodawca (bynajmniej nie racjonalny i nadmiernie płodny, co czyni „dzieci jego zrodzonymi z nieprawego łoża”), już nie żadne zagraniczne trybunały, które chcą nam w obcych językach dyktować, co i jak mamy w swoim polskim domu robić, lecz podmiot niespodziewany – wewnętrzny, dobrze znany, oswojony i nigdy niepodejrzewany o zdradziecki wallenrodyzm. Tak – Poczta Polska Spółka Akcyjna. A jakże per se polska, toż już w nazwie swej koncentruje wszelkie przywary i znamionuje nadchodzące komplikacje.
Nieustanne stanie w wydłużających się kolejkach staje się nową rzeczywistością życia prawniczego. Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło. Takich to bowiem humorystycznych scen można stać się bezwolnym świadkiem:
Stoją dwie znudzone kobiety w kolejce.
„Pani wie, dziś rano w telewizji mówili, że niemieckie szopy nielegalnie przekraczają polską granicę. I one roznoszą śmiertelne choroby” zagaduje znudzona kolejkowiczka.
„To straszne” – odpowiada sąsiadka z pierwszeństwem w kolejce (na skutek wcześniejszego zajęcia miejsca) – „zawsze wiedziałam, że polskie szopy są lepsze niż niemieckie!”
„A, oczywiście! Jak wszystko, no może oprócz proszku do prania”.
* * *
Kolejka na poczcie się wydłuża, ale nie idzie naprzód. Mimo to Pan przy okienku zdaje się być bardziej zainteresowany Panią Pocztową, niż nadaniem swoich listów. Gaworzy z nią i gaworzy, niekiedy stając w pąsa jak sztubak oglądający swój dziewiczy numer PlayBoya. Nie wytrzymał tego dłużej podchmielony kolejkowicz, który tymi słowy zakłócił żmudne smalenie cholewek „E, Ty ku***, absztyfikant z Bożej łaski. To jest urząd pocztowy, a nie agencja matrymonialna!”.
* * *
Po długim i monotonnym odstaniu swego w kolejce bardzo już sędziwy jegomość, odchodząc od okienka, wzdycha ciężko i mówi pod nosem „Jak tak dalej pójdzie, to jak za Niemca – będzie trzeba zainwestować w gołębie pocztowe…”.
* * *
Nawet listonosz nie lubi doręczać bezsensownej korespondencji. Od dwudziestu lat przynosi listy pod ten sam adres. Za każdym razem adresata nie ma i otwiera drzwi najemca, informujący, że adresat nie żyje – i tak co miesiąc. Żyje, nie żyje – jaka to różnica dla Sądu Rejonowego w Przasnyszu. Choć nie odbiera korespondencji i listy wracają z adnotacją „adresat nie żyje”, to sekretariat z uporem godnym lepszej sprawy ponawia przesyłki. Przed przejściem na emeryturę listonosz zebrał się w sobie i na ostatniej z przesyłek, którą ma felernemu – bo dawno zmarłemu – adresatowi doręczyć, napisał „Adresat zmarł i dalej nie żyje!”. Pomyślał bowiem o koledze, który ma przejąć jego rewir i żal mu się zrobiło nieboraka.
Ku pamięci przyszłych pokoleń szczecińskich prawników spisał
Mecenas Jan Maria Togowy
Uwaga! Wszystkie przywołane zdarzenia miały miejsce w gmachach szczecińskich urzędów pocztowych. Wszystkie odbyły się z udziałem autora, a w części z nich udział brali znani szczecińscy palestranci.