Trasę ze Szczecina do Ińska przez tzw. „chociwelkę” pokonuję kilkanaście razy w roku. I od lat widzę ten sam osobliwy krajobraz. Niezależnie od pory roku, pogody i temperatury, przy drodze, w równych odstępach, przesiadują kobiety w kusych strojach. Deszcz, wiatr, chłód — bez znaczenia. One są. Kłopot zaczyna się wtedy, gdy jadę z dziećmi.
Dzieci, jak to dzieci, patrzą uważnie i pytają bezlitośnie. Dlaczego te panie nie zbierają grzybów, tylko siedzą na składanych krzesełkach? I właśnie wtedy człowiek orientuje się, że o ile wiele rzeczy w życiu da się wyjaśnić logicznym i rzeczowym zdaniem, o tyle niektóre zjawiska polskiej rzeczywistości skutecznie się temu opierają. Bo jak tu to wytłumaczyć dzieciom, że pewien odcinek drogi od lat funkcjonuje według własnych, najwyraźniej odrębnych zasad prawnych?
Problem jest oczywiście znacznie szerszy — dotyka jednocześnie prawa, etyki, filozofii politycznej, feminizmu oraz społecznej rzeczywistości kobiet. Warto jednak zacząć od wydarzenia, które miało miejsce 21 kwietnia 2026 r. w Bibliotece Jagiellońskiej i było poświęcone edukacji seksualnej. W trakcie tego spotkania padły sformułowania, które odbiły się szerokim echem. Jedna z prelegentek miała przedstawić seksbiznes jako atrakcyjną alternatywę dla studentów poszukujących elastycznej formy pracy. Sprawę nagłośniło Stowarzyszenie Bez.

Czy był to odosobniony przypadek wyrażenia podobnych opinii? Oczywiście nie. Wystarczy sięgnąć po głośną publikację dr. Łukasza Muniowskiego, adiunkta Uniwersytetu Szczecińskiego, zatytułowaną: „Praca jak każda inna. «Bardzo bym sobie życzyła, żeby oddemonizować ten sex work w Polsce»”. W artykule czytamy między innymi o Oli, która — jak relacjonowano — „zarobiła najłatwiejsze pieniądze w życiu”, a jeden z klientów miał nawet zrywać dla niej czereśnie. Jak widać, w przestrzeni publicznej coraz częściej pojawiają się opinie, że prostytucja, określana dziś często jako „praca seksualna” lub „sekswork”, jest pracą jak każda inna. Taki sposób ujmowania tego zjawiska nie pozostaje bez konsekwencji. W jego następstwie formułowane są bowiem postulaty pełnej legalizacji tej profesji.
Dla porządku przypomnijmy, iż polski ustawodawca nie kryminalizuje samego faktu dobrowolnego świadczenia usług seksualnych przez osobę pełnoletnią, natomiast penalizuje określone zachowania związane z przymusem, wyzyskiem i organizowaniem cudzej prostytucji. Wynika to przede wszystkim z art. 203 k.k., który dotyczy doprowadzenia innej osoby do uprawiania prostytucji przez wykorzystanie zależności, krytycznego położenia, przemoc, groźbę bezprawną lub podstęp, oraz z art. 204 k.k., który penalizuje nakłanianie do prostytucji w celu osiągnięcia korzyści majątkowej, jej ułatwianie oraz czerpanie korzyści z cudzej prostytucji. Konstrukcja ta prowadzi do istotnego wniosku: polski ustawodawca nie formułuje „prawa do prostytucji”, ale też nie zakłada, że sama dobrowolna aktywność tego rodzaju jest per se czynem zabronionym.
A zatem – zdaniem części lewicowych i feministycznych środowisk – powyższe przepisy należałoby wyrugować z Kodeksu karnego i tym samym dokonać dekryminalizacji prostytucji. Zdaniem Agaty Dziuban, socjolożki i adiunktki w Instytucie Socjologii Uniwersytetu Jagiellońskiego, powinno znieść się, cyt. „przepisy kryminalizujące którąś ze stron: pracownice, klientów lub „trzecie strony”, czyli osoby pomagające w organizowaniu pracy”. W wywiadzie dla niezawodnego w tym zakresie portalu Gazeta.pl dodaje również, iż, cyt. „jeżeli miałabym córkę i ona zdecydowałaby się pracować seksualnie, zależałoby mi przede wszystkim na tym, żeby była bezpieczna”. Zwolennicy tego podejścia argumentują, że legalizacja zapewniłaby osobom świadczącym usługi seksualne prawo do ubezpieczenia zdrowotnego, świadczeń emerytalnych, ochrony przed przemocą oraz bezpieczniejszych warunków pracy.
Przeciętnego obserwatora życia publicznego może z pewnością zaskakiwać fakt, że za pełną legalizacją prostytucji opowiadają się także niektóre środowiska feministyczne. Nie jest to jednak stanowisko jednolite. Za pełną dekryminalizacją pracy seksualnej opowiadają się przede wszystkim nurty sex-positive feminism oraz część feminizmu liberalnego, queerowego i intersekcjonalnego. Równocześnie istnieje feminizm abolicjonistyczny, który zdecydowanie sprzeciwia się uznawaniu prostytucji za „pracę seksualną”. Do tego nurtu należy między innymi wspomniane wyżej Stowarzyszenie Bez. Po prawej stronie sceny politycznej również pojawiają się działania sprzeczne ze stanowiskiem dotychczas cechującym partie konserwatywne. W ostatnim czasie przedstawiciele prawicowego Zjednoczenia Narodowego przygotowali projekt ustawy przewidujący ponowne otwarcie domów publicznych, które miałyby funkcjonować w formie spółdzielni. We Francji, uchodzącej za państwo liberalne, od 2016 roku obowiązują przepisy penalizujące samo korzystanie z usług seksualnych.
Odpowiedź na tytułowe pytanie należy do najbardziej złożonych i zarazem najbardziej spolaryzowanych problemów współczesnej debaty o wolności, godności i równości. Spór nie dotyczy wyłącznie samej prostytucji czy pracy seksualnej, lecz przede wszystkim tego, jak rozumiemy autonomię jednostki, granice wolności wyboru oraz obowiązki państwa wobec osób znajdujących się w sytuacji podatności na wyzysk.
Z jednej strony można argumentować, że skoro kobieta jest podmiotem autonomicznym, to powinna mieć prawo decydować o swoim ciele, swojej seksualności oraz sposobie zarobkowania. W takim ujęciu dobrowolnie podejmowany sekswork jest postrzegany jako jedna z form pracy, a jego akceptacja wynika z szerszej zasady wolności osobistej. Zwolennicy tego stanowiska podkreślają, że odbieranie kobietom prawa do decydowania o własnym ciele w imię ich ochrony może prowadzić do swoistego paradoksu. Państwo, które chce chronić kobiety, w rzeczywistości ogranicza ich wolność i traktuje je paternalistycznie.
Z drugiej strony istnieją bardzo silne argumenty, wedle których sekswork nie może być rozumiany jako „prawo kobiety”, ponieważ w praktyce zbyt często jest rezultatem nierówności ekonomicznych, przemocy, zależności oraz strukturalnego podporządkowania. Mówienie o wolnym wyborze jest iluzoryczne, gdy decyzja zapada w warunkach ubóstwa, uzależnienia czy wcześniejszych doświadczeń przemocy. W takim ujęciu prostytucja nie jest neutralną formą pracy, lecz przejawem społecznej nierówności płci, w której kobiece ciało staje się przedmiotem transakcji. Uznawanie seksworku za „prawo kobiety” może zacierać granicę między wolnością a koniecznością i prowadzić do legitymizowania wyzysku pod pozorem autonomii jednostki.
Istota problemu tkwi więc w napięciu między teorią wolnego wyboru a rzeczywistością społecznych uwarunkowań. W porządku liberalnym wolność jednostki jest wartością fundamentalną, ale nie istnieje ona w próżni. Człowiek nigdy nie wybiera w warunkach całkowicie neutralnych. Na decyzję wpływają status materialny, pozycja społeczna, wykształcenie, doświadczenia życiowe, relacje władzy i dostęp do alternatyw. Dlatego pytanie o sekswork jako prawo kobiety nie może ograniczać się do abstrakcyjnego stwierdzenia, że „dorosła osoba ma prawo decydować o sobie”. Równie ważne jest pytanie, w jakich warunkach podejmowana jest ta decyzja i czy państwo rzeczywiście zapewnia kobietom realną możliwość wyboru innych dróg życiowych. Nie będziemy też znali odpowiedzi na to pytanie bez gruntowanego rozpoznania podziemia związanego z prostytucją, co wydaje się być w praktyce niemożliwe.
Wracając do „chociwelki”, sytuacja, z którą mamy tam do czynienia, jasno pokazuje, że państwo polskie w praktyce nie chce realnie ingerować w ten proceder ani skutecznie ścigać osób, które „wspomagają” prostytucję. Najlepiej pokazują to liczby. Roczna liczba prawomocnych skazań z art. 203 i art. 204 Kodeksu karnego pozostaje w skali całego kraju śladowa. Trudno więc nie dojść do wniosku, że ścigane są jedynie przypadki najbardziej drastyczne, podczas gdy cała reszta funkcjonuje w stanie cichej tolerancji. Mamy więc do czynienia z ewidentną prawną hipokryzja. A jak to już stwierdził François de La Rochefoucauld, hipokryzja to hołd składany cnocie przez występek. Odpowiedź zatem na pytanie, jakie powinny obowiązywać przepisy zamiast obecnie obowiązujących oraz jak w praktyce ma wyglądać ich stosowanie, pozostawiam czytelnikom niniejszego felietonu…
O autorze

Lew Michał Lizak
adwokat
W działach: In Gremio 184