Monteskiusz w swoim utworze wydanym w 1748 r. pt. „O duchu praw” pisał: „Kiedy w jednej i tej samej osobie lub w jednym i tym samym ciele władza prawodawcza zespolona jest z wykonawczą, nie ma wolności, ponieważ można się lękać, aby ten sam monarcha albo ten sam senat nie stanowił tyrańskich praw, które będzie tyrańsko wykonywał. Nie ma również wolności, jeśli władza sądowa nie jest oddzielona od władzy prawodawczej i wykonawczej. Gdyby była połączona z władzą prawodawczą, władza nad życiem i wolnością obywateli byłaby dowolną, sędzia bowiem byłby prawodawcą. Gdyby była połączona z władzą wykonawczą, sędzia mógłby mieć siłę ciemiężyciela”. Monteskiusz słusznie zatem stwierdził, że warunkiem zachowania wolności politycznej obywateli jest podział władz między różne, niezależne, wzajemnie dopełniające i kontrolujące się podmioty.
Pomimo tego, że art. 173 Konstytucji RP przewiduje, iż „Sądy i Trybunały są władzą odrębną i niezależną od innych władz” naczelny nadzór nad sądami powszechnymi i sędziami tych sądów sprawuje Minister Sprawiedliwości. Wynika to z art. 40 § 1 Prawa o ustroju sądów powszechnych. Natomiast § 2 tego przepisu przewiduje, że Minister Sprawiedliwości wykonuje nadzór osobiście, przez powołane w tym celu organy nadzoru lub przez wyznaczone osoby. Czy zatem władza sądownicza w Polsce faktycznie jest niezależna od władzy wykonawczej? Oczywiście można twierdzić, że jest, gdyż Minister sprawuje jedynie nadzór administracyjny, tak samo jak prezes sądu nad sędziami danego sądu. Jednak taki nadzór, nawet wykonywany najlepiej, może budzić wątpliwości, kiedy pochodzi ze strony władzy wykonawczej, od której sąd powinien być niezależny. Już 277 lat temu Monteskiusz idealnie wyjaśnił, dlaczego nie powinno tak być. Nic dodać, nic ująć.
Jednak problem z niezależnością sądów jest jeszcze większy. Mianowicie, wielu obywateli w trakcie bezpośrednich rozmów z sędziami głośno zastanawia się nad tym, po co jest ta niezależność. Twierdzą, że przez nią „sędziowie robią tylko, co chcą”. Trudno wytłumaczyć takiej osobie, że niezależność sędziego jest przywilejem obywatela, a nie sędziego. Dlaczego? Otóż obywatele bywają w sądach. Mają przecież swoje procesy, problemy, własne spostrzeżenia i doświadczenia. Opiszę dla przykładu moją rozmowę z dyrektorem szkoły po zajęciach edukacyjnych, który przyszedł podziękować, ale też korzystając z okazji, że ma na miejscu „żywego” sędziego, postanowił podzielić się swoim doświadczeniem. Bywał bowiem w sądzie wielokrotnie w związku ze „służbowymi procesami”. Na tej podstawie twierdził, że nikt, nawet sędzia, nie powinien być niezależny, bo to daje pole do nadużyć. Przez „nadużycia” rozumiał orzeczenia wydane z oczywistym naruszeniem przepisów przez sądy w sytuacji, kiedy nie podlegały już żadnej kontroli. Przykładów można mnożyć, ponieważ spotkania sędziów z obywatelami nie zawsze polegają na wymianie uśmiechów. Nawet czasami sama pytałam rozmówców, co by w sądownictwie zmienili. Doświadczenie życiowe uczy, że kto pyta, ten ryzykuje usłyszeć szczerą odpowiedź. Wobec tego, że nie boję się prawdy – ryzykuję. Co z tego wynika? Tylko tyle, a może aż tyle, że czeka nas – prawników ogrom pracy u podstaw, aby nauczyć obywateli, na czym polega niezależność sądów, czemu i komu służy oraz jak ją zachować. Większość ludzi mówi: „przykład idzie z góry”, a ja uważam, że w sądownictwie przykład idzie z każdej strony. Każdy z nas może i powinien swoją postawą przekonywać, że niezależność służy właśnie obywatelom. Każdy z nas też może zająć się edukacją w tym zakresie na dowolną skalę. Być może od uświadomienia obywateli należy rozpocząć proces reformy, zmierzający do pełnego uniezależnienia sądów od władzy wykonawczej, tj. również w zakresie nadzoru administracyjnego.