Pewien znajomy informatyk zagaił ostatnio rozmowę na temat sporów dotyczących sędziów oraz szeroko rozumianego sądownictwa. Wyraził zdziwienie, dlaczego sędziów jeszcze nie zastąpiła sztuczna inteligencja (AI). Tym samym skończyłyby się dyskusje co do statusu sędziów, „neosędziów” czy też „paleosędziów”. Izba Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych z oczywistych względów straciłaby rację bytu. Oczekiwanie na orzeczenie radykalnie uległoby skróceniu. Wszelkie kłótnie co do struktury sądów oraz kompetencji Sądu Najwyższego nie miałyby sensu. Postępowania byłyby przecież jednoinstancyjne – trudno, żeby AI oceniała samą siebie. Nie byłoby uchylania wyroków z uwagi na to, iż sędzia nie jest sędzią. AI zawsze byłaby AI – przekonywał mnie informatyk.
Propozycja ta wydaje się być nader kusząca. Spróbujmy się zatem nad nią choć trochę pochylić. To, że prawnicy w coraz większym stopniu korzystają z narzędzi stworzonych przez sztuczną inteligencję, nie budzi u nikogo żadnego sprzeciwu. Dlaczego zatem nie pójść krok dalej i sprawić, aby to AI wymierzała sprawiedliwość, a nie tylko pomagała ją wymierzać. Nie czas tu i miejsce na omówienie współczesnych koncepcji AI jako samodzielnego bytu czy też teorii sądzenia. Warto jednak przywołać klasyczną już pozycję Raya Kurzweila z 2005 r. pt. „Nadchodzi osobliwość” oraz jej kontynuację z zeszłego roku pt. „Osobliwość coraz bliżej”. Otóż tytułowa osobliwość technologiczna (ang. singularity) jest potencjalnie odrębnym bytem, który powstaje ze sztucznej inteligencji. Teoria ta ma wśród naukowców i filozofów wielu zwolenników, ale też wielu przeciwników. Z naszego punktu widzenia istotne jest to, że zgodnie z nią stworzenie sztucznych inteligencji przewyższających intelektualnie ludzi doprowadzi do tego, iż AI będzie miało możliwości (jak również według niektórych prawo) do sądzenia ludzi.
Teoria ta jednak do mnie do końca nie przemawia. Zgadzam się raczej z diagnozą, zgodnie z którą sztuczna inteligencja stanowi przedłużenie i wzmocnienie ludzkiego umysłu, a nie jego lepszą wersję. Niemniej jednak rozważania nad zastąpieniem człowieka/sędziego przez AI nie występują już tylko w literaturze SF, ale mają charakter coraz bardziej naukowy. Samo korzystanie przez prawników z programów typu Lex czy Legalis sprawia, iż mamy do czynienia z koncepcją tzw. „umysłu rozszerzonego”. Nazwa ta pochodzi z głośnego artykułu A. Clarka i D. Chalmersa z 1998 r. pod tym właśnie tytułem. Już wtedy zwrócili uwagę na to, iż jeśli korzystamy z notesu, gdzie zapisujemy dane, to jest to narzędzie, które funkcjonalnie rozszerza nasz umysł. Rozwój technologiczny sprawił, iż dane gromadzimy teraz w różnych aplikacjach i programach prawniczych. Musi to spowodować konieczność zdefiniowania na nowo roli prawnika, a zwłaszcza sędziego. Skoro sędzia ma dostęp do nieograniczonych bazy danych, to powstaje pytanie, na ile jego autonomia i samodzielność jest ograniczona przez te dane. I na ile bazy danych w tej sytuacji determinują treść orzeczeń. Warto byłoby przeprowadzić rzeczywiste badania, w jakim zakresie instrumenty sztucznej inteligencji takie jak programy prawnicze czy aplikacje wpływają na treść orzeczeń.
Zasadnicze jednak pytanie, które należałoby postawić na początku felietonu jest następujące: czy AI będzie w stanie wydać wyrok słuszny i sprawiedliwy. Pamiętajmy, iż sztuczna inteligencja wydawałaby wyroki na podstawie danych, które wprowadzimy do systemu. Z uwagi na konieczność zaangażowania ogromnego kapitału, cały system działałby raczej w oparciu o amerykańską kulturę prawną (ewentualnie chińską), co miałoby kolosalne znaczenie dla wyrokowania w Polsce.
Oprócz przepisów prawa, orzecznictwa oraz piśmiennictwa jest jeszcze „duch prawa”. Są chociażby zasady współżycia społecznego oraz społeczno-gospodarcze przeznaczenie prawa, o których mowa w art. 5 Kodeksu cywilnego. I jak w tej sytuacji AI „nakarmiona” suchymi orzeczeniami miałaby wyjść poza literę prawa? Jak oceni wiarygodność świadka, kiedy na sali sądowej bardzo często liczy się gest, spojrzenie, zachowanie… A co zrobić z doświadczeniem życiowym, na podstawie którego powinien orzekać sędzia? W jaki sposób można „nakarmić” AI doświadczeniem? Głównym bohaterem powieści brytyjskiego pisarza Iana McEwana pt. „Maszyny takie jak ja” jest najnowszej generacji robot, który zna i przestrzega wszelkich możliwych przepisów prawa. Brakuje mu jednak zrozumienia „ducha prawa”, co kończy się tragedią. Podobnie może być z AI w roli sędziego. Nie bez znaczenia jest również kwestia związana z dysponowaniem i przechowywaniem przez AI tzw. danych wrażliwych, bez pozyskania których znaczna część spraw nie mogłaby by być w ogóle merytorycznie rozpoznana.
No i wreszcie, skoro AI będzie orzekała w oparciu o dane (czytaj: dotychczasowe orzecznictwo), to jak u licha miałaby się zmienić linia orzecznicza. Można śmiało założyć, że gdyby sztuczna inteligencja orzekała np. w Stanach Zjednoczonych w 1960 roku (5 grudnia 1960 r. Sąd Najwyższy Stanów Zjednoczonych wydał wyrok w sprawie Boynton v. Virginia), to do dnia dzisiejszego segregacja rasowa w publicznym transporcie międzystanowym byłaby zgodna z prawem. W związku z dostępem do coraz zasobniejszych baz danych, problem zmiany linii orzeczniczej dotyczy zresztą bieżących spraw, ale to już jest zagadnienie na inny felieton.
Wracając do mojej rozmowy z informatykiem, to również z nim podzieliłem się powyższymi wątpliwościami. Jednocześnie uświadomiłem rozmówcy, że znając polskie realia, zapewne szybciej niż później, pojawiłaby się twórczo rozwinięta i unikalna koncepcja prawna tzw. neoAI. Mógłby to być w końcu też jakiś wkład polskiej myśli prawno-informatycznej do światowego dorobku.
W tej sytuacji może skuteczniejszym remedium na aktualne bolączki polskiego wymiaru sprawiedliwości byłoby wprowadzenie instytucji sędziego pokoju? A może nawet sędziów przysięgłych? Przypomnijmy, że sądy pokoju to instytucja dobrze znana w krajach anglosaskich, ale również np. w Belgii czy Szwajcarii. Sądy pokoju orzekały w II Rzeczpospolitej, a prace nad prezydenckim projektem ustawy o sądach pokoju trwały w trakcie poprzedniej kadencji Sejmu (dla zainteresowanych: druk nr 1760 przedstawiony przez Prezydenta Rzeczypospolitej Polskie projekt ustawy o sądach pokoju, link: https://www.sejm.gov.pl/sejm9.nsf/druk.xsp?nr=1760). Dodajmy, że prace nad tym projektem w aktualnej kadencji Sejmu zostały zarzucone.
Sędziowie pokoju są wybierani przez mieszkańców danego okręgu, nie muszą mieć aplikacji sądowej (czasami nawet wykształcenia prawniczego) i orzekają w drobniejszych sprawach. Najbardziej doniosłym jest tutaj fakt, iż sędziowie pochodzą z wyborów powszechnych. Zwolennicy takiego rozwiązania wskazują, iż skoro władza ustawodawcza i wykonawcza pochodzi z wyborów powszechnych, to dlaczego przedstawiciele trzeciej władzy mieliby nie być w ten sposób wybierani. Sędzia pochodzący z wyborów powszechnych będzie miał większą legitymację, zarówno formalną, jak i społeczną. Będzie cieszył się zarówno większym posłuchem, jak i słuchem społecznym. Sędzia pokoju nie będzie wybierany przez innych sędziów pokoju w drodze swoistej kooptacji. Nie będzie już przedstawicielem starannie wykształconej elity w szkole dostępnej dla nielicznych. Model władzy sądowniczej – wzięty niemal żywcem z koncepcji Platona – powoli będzie tracił rację bytu.
W przypadku sędziów pokoju aplikacja sądowa nie jest wymagana. Liczy się przede wszystkim doświadczenie zawodowe i życiowe. A zatem odwrotnie niż w przypadku sztucznej inteligencji. Tam baza danych, tu doświadczenie. Jeszcze bardziej widoczne jest to u sędziów przysięgłych, którzy co do zasady przybierani są do danej sprawy spośród wcześniej wylosowanych mieszkańców. W tej sytuacji może aktualna pozostaje teza, iż sprawiedliwość jest zbyt poważną sprawą, aby zostawić ją tylko zawodowym sędziom? Może potrzebujemy więcej „sędziów faktu”, a mniej „sędziów prawa”. Z większym doświadczeniem życiowym i osobistym. Nawet takim jak w ostatnim, fenomenalnym filmie Clinta Eastwooda „Przysięgły nr 2”. Tyle mówi nam teoria.
Jednak znajomość polskich realiów podpowiada zgoła inne, ale niestety bardziej realne funkcjonowanie sądów pokoju. Dzisiejszy system polityczno-społeczny w Polsce powoduje, że wybory pełnią nie tylko funkcję porządkującą rzeczywistość, ale wprowadzają również głęboki podział. W konsekwencji ci, których kandydaci przegrają, niechętnie potraktują zwycięzców jak swoich przedstawicieli. Przeprowadzenie powszechnych wyborów na stanowisko sędziego może bardziej podkopać niż wzmocnić jego autorytet. Możemy od razu założyć, iż obok sędziów pokoju pojawią się sędziowie „niepokoju”. A w dalszej kolejności sędziowie „neoniepokoju”…
Po przedstawieniu powyższych uwag musi pojawić się klasyczne leninowskie pytanie: „Co robić?”. Otóż wskazówkę daje nam polski ustawodawca. W art. 7 Kodeksu postępowania karnego została zawarta zasada, iż sędziowie mają orzekać m.in. na podstawie doświadczenia życiowego. Podobna obowiązuje również w innych procedurach. Doświadczenia zdobytego nie tylko w uniwersytetach czy wszelkiego rodzaju szkołach. Chodzi o swoje, osobiste doświadczenie, nie tylko te zaczerpnięte z podręczników czy z kultury masowej. Doświadczenie wynikające również z racji wykonywania innych zawodów prawniczych, takich jak adwokat, radca prawny czy prokurator.
Zarówno AI, jak i sędziowie pokoju, póki co nie sprawią, aby prawo było sztuką czynienia tego co dobre i słuszne, a nie tylko biegłym korzystaniem z baz danych ani orzekaniem zgodnie z wolą swojego „elektoratu”. Nie sprawi tego ani neo-, ani paleo- sędzia, tylko sędzia orzekający w imieniu Rzeczypospolitej Polskiej. Najwyższy czas zatem na prawdziwą i realną reformę wymiaru sprawiedliwości. Taką, by uczynić z urzędu sędziego ukoronowanie kariery prawniczej. I aby rzymska paremia Celsusa ius est ars boni et aequi nie była tylko czczą, akademicką gadaniną.