• Przejdź do głównej nawigacji
  • Przejdź do treści
  • Przejdź do głównego paska bocznego

In Gremio

łączy środowiska prawnicze

  • 2026
    • In Gremio 181
    • In Gremio 182
  • 2025
    • In Gremio 175
    • In Gremio 176
    • In Gremio 177
    • In Gremio 178
    • In Gremio 179
    • In Gremio 180
  • 2024
    • In Gremio 169
    • In Gremio 170
    • In Gremio 171
    • In Gremio 172
    • In Gremio 173
    • In Gremio 174
  • 2023
    • In Gremio 163
    • In Gremio 164
    • In Gremio 165
    • In Gremio 166
    • In Gremio 167
    • In Gremio 168
  • 2022
    • In Gremio 157
    • In Gremio 158
    • In Gremio 159
    • In Gremio 160
    • In Gremio 161
    • Wydanie specjalne
    • In Gremio 162
  • 2021
    • In Gremio 149
    • In Gremio 150
    • In Gremio 151
    • In Gremio 152
    • In Gremio 153
    • In Gremio 154
    • In Gremio 155
    • In Gremio 156
  • 2020
    • In Gremio 138
    • In Gremio 139
    • In Gremio 140
    • In Gremio 141
    • In Gremio 142
    • In Gremio 143
    • In Gremio 144
    • In Gremio 145
    • In Gremio 146
    • In Gremio 147
    • In Gremio 148
  • 2019
    • In Gremio 127
    • In Gremio 128
    • In Gremio 129
    • In Gremio 130
    • In Gremio 131
    • In Gremio 132
    • In Gremio 133
    • In Gremio 134
    • In Gremio 135
    • In Gremio 136
    • In Gremio 137
  • 2018
    • In Gremio 116
    • In Gremio 117
    • In Gremio 118
    • In Gremio 119
    • In Gremio 120
    • In Gremio 121
    • In Gremio 122
    • In Gremio 123
    • In Gremio 124
    • In Gremio 125
    • In Gremio 126
  • 2017
    • In Gremio 105
    • In Gremio 106
    • In Gremio 107
    • In Gremio 108
    • In Gremio 109
    • In Gremio 110
    • In Gremio 111
    • In Gremio 112
    • In Gremio 113
    • In Gremio 114
    • In Gremio 115
  • 2016
    • In Gremio 98-99
    • In Gremio 100
    • In Gremio 101
    • In Gremio 102
    • In Gremio 103
    • In Gremio 104
  • 2015
    • In Gremio 91-92
    • In Gremio 93
    • In Gremio 94-95
    • In Gremio 96
    • In Gremio 97
  • 2014
    • In Gremio 86
    • In Gremio 87
    • In Gremio 88-89
    • In Gremio 90
  • więcej…
    • 2013
      • In Gremio 80
      • In Gremio 81
      • In Gremio 82-83
      • In Gremio 84
      • In Gremio 85
    • 2012
      • In Gremio 74
      • In Gremio 75
      • In Gremio 76
      • In Gremio 77
      • In Gremio 78
      • In Gremio 79
    • 2011
      • In Gremio 68
      • In Gremio 69
      • In Gremio 70
      • In Gremio 71
      • In Gremio 72
      • In Gremio 73
    • 2010
      • In Gremio 62
      • In Gremio 63
      • In Gremio 64
      • In Gremio 65
      • In Gremio 66
      • In Gremio 67
    • 2009
      • In Gremio 56
      • In Gremio 57
      • In Gremio 58
      • In Gremio 59
      • In Gremio 60
      • In Gremio 61
    • 2008
      • In Gremio 45-46
      • In Gremio 47-48
      • In Gremio 49-50
      • In Gremio 51-52
      • In Gremio 53-54
      • In Gremio 55
    • 2007
      • In Gremio 33
      • In Gremio 34
      • In Gremio 35
      • In Gremio 36
      • In Gremio 37
      • In Gremio 38
      • In Gremio 39-40
      • In Gremio 41
      • In Gremio 42
      • In Gremio 43
      • In Gremio 44
    • 2006
      • In Gremio 21
      • In Gremio 22
      • In Gremio 23
      • In Gremio 24
      • In Gremio 25
      • In Gremio 26
      • In Gremio 27-28
      • In Gremio 29
      • In Gremio 30
      • In Gremio 31
      • In Gremio 32
    • 2005
      • In Gremio 9
      • In Gremio 10
      • In Gremio 11
      • In Gremio 12
      • In Gremio 13
      • In Gremio 14
      • In Gremio 15-16
      • In Gremio 17
      • In Gremio 18
      • In Gremio 19
      • In Gremio 20
    • 2004
      • In Gremio 1
      • In Gremio 2
      • In Gremio 3
      • In Gremio 4
      • In Gremio 5
      • In Gremio 6
      • In Gremio 7
      • In Gremio 8

Podróże od A do Z

Włodzimierz Łyczywek

W 2004 roku, już po wstąpieniu Polski zarówno do NATO, jak i UE, wybieramy się na wyprawę dookoła świata, poczynając od Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej. I tak samo jak do dzisiaj, zaczynamy w ambasadzie USA od starań o wizę amerykańską; jesteśmy niby sojusznikami nr 1 w Europie, a każdorazowo ambasador amerykański obiecuje, że wizy zostaną zniesione dla Polaków.

USA

Podobała mi się onegdaj postawa rządu Brazylii, który po wprowadzeniu jakichś obostrzeń dla ich obywateli – postąpił symetrycznie i amerykańscy turyści też musieli mieć wizy do Brazylii. 

Monument Valley w rezerwacie Indian Navaho

Z drugiej strony trochę można Amerykanom się nie dziwić, gdy w kolejce po wizę stały osoby niemówiące językiem angielskim, niewiedzące dokładnie, gdzie podróżują i do kogo.

Oczywiście jako adwokat nie miałem z tym kłopotu, bo przecież za pracą tam nie jedziemy.

USA to największa gospodarka świata (prawie 30% światowego PKB) i, po Luksemburgu, kraj najbogatszy w przeliczeniu na każdego mieszkańca – nie dziwić się zatem imigracji.

Lecimy z Berlina przez Londyn do Los Angeles, a trajektoria lotu nad Grenlandią, a później Górami Skalistymi uświadamia nam, jaki to ogromny kraj i bogaty krajobrazowo.

Zwiedzimy w ciągu 14 dni cztery stany południowo-zachodnie, czyli Kalifornię, Arizonę, Utah i Nevadę – to było prawie 5000 mil małym mikrobusem.

California – kraina wielkich możliwości

Lądujemy wieczorem w LA. Zatrzymamy się na 3 dni w Santa Monica – co jest w granicach tego wielkiego miasta nad Pacyfikiem.

Kalifornia jest dopiero od 150 lat stanem sfederowanym z USA, a jej potencjał gospodarczy jest taki, iż gdyby ją odłączyć od reszty kraju, to USA dalej byłoby największą gospodarką świata, a Kalifornia szóstą na świecie.

Kalifornia po wojnie meksykańskiej w latach 1862-1864 miała zresztą epizod niepodległego państwa.

Zatrzymujemy się po tak długim locie w hotelu koło autostrady, chyba sześciopasmowej – naprzeciwko jest otwarty bar, a my (panowie) spragnieni i chcący zapalić. Okazuje się, że wypić whisky można, a zapalić nie; natomiast na zewnątrz nie można wziąć napojów – ten zakaz oczywiście złamaliśmy.

Los Angeles – Miasto Aniołów

Obwożą nas po rożnych podmiejskich dzielnicach jak Pasadena i Beverly Hills – to oczywiście dzielnice wspaniałych rezydencji, których niekiedy nie widać wręcz zza ogrodzonego parku. To też czas, kiedy szedł słynny romantyczny film „Pretty woman” z Julią Roberts i Richardem Gere – rzecz dzieje się w hotelu, który zwiedzamy, a następnie ten charakterystyczny budynek ze schodami przeciwpożarowymi, gdzie mieszkała Julia Roberts w scenie finałowej.

Na wzgórzach widać napis z wielkich liter „Hollywood”, a my oglądamy Aleję Gwiazd między Egyptian Theater a Chineese Theater z odciskami dłoni słynnych ludzi filmu – podobno zaczęło się od przypadku, gdy aktorka się potknęła na świeżo wylanym betonie. To jest centrum światowego kina, a dzielnice oznaczone są rzymskimi cyframi planów filmowych. Gali rozdania Oskarów akurat wtedy nie było, bo to początek listopada.

Zwiedzamy halę sportową LA Lakers, Universal Studio i Warner Bros.

W LA jest olbrzymi Disneyland założony przez Walta Disneya, ale w samym Universal Studio też są atrakcje – jedziemy kolejką górską w krainie Indian; oglądamy bitwę morską rodem z „Piratów na Karaibach”; sceny z filmu „Wodny świat”, a na końcu na stojąco film hiperpanoramiczny ze „Star Trek”. 

San Diego i Meksyk

Wszędzie jest w Stanach daleko, a więc przyzwyczajamy się do wstawania o 6.00 rano – w zamyśle organizatorów jest oprócz San Diego, także Tihuana.

San Diego to miejsce postoju floty Pacyfiku; stoją tam cztery lotniskowce: to są po prostu olbrzymy. Załoga każdego liczy, jak niewielkie miasto, po 1000-2000 ludzi; dwa z nich są czynnymi okrętami wojennymi i oglądamy je jedynie z pirsu; dwa zaś starsze to okręty muzeum. Zwiedzamy lotniskowiec „Midway”.

Z San Diego już niedaleko do granicy z Meksykiem – jedziemy do Tijuany.

Na granicy są olbrzymie kolejki, ale raczej w stronę USA, a nie Meksyku; jak już zbuduje Trump ten mur na granicy z Meksykiem, to pewnie będzie jeszcze gorzej. 

Była kiedyś taka modna piosenka – „Welcome to Tijuana… sex, tequila i marihuana” – tak to wtedy wyglądało; wszędzie farmacje, gdzie legalnie sprzedają narkotyki, restauracje i pewnie domy uciech – my poszliśmy na obiad do doskonałej restauracji z muzyką latynoską. 

Jedzenie w Meksyku jest świetne, czego nie można powiedzieć o przeciętnym w Stanach – jajecznica z proszku, hamburgery; jak margarita to od razu w dzbanach dwulitrowych, podobnie z lurowatą i słodką kawą – no nie dziwić się, że większość Amerykanów ma nadwagę. Pod dostatkiem, i to taniej, jest natomiast whiskey, ale to też nie szkocka. 

Wracamy przez San Diego do LA. 

Arrizona – kraj Indian

Jedziemy przez Yuma (z westernu 1510 do Yumy) Tucson i Phoenix do Flagstaff. 

Każdy z następnych Stanów jest wielkości Polski, z tym, że Kalifornia, która jest większa, ma prawie 50 mln mieszkańców. Teraz jedziemy już przez krainy mniej zamieszkałe. W większości skaliste albo pustynne; niejednokrotnie taką drogą stanową jedzie się kilkaset kilometrów bez jakichkolwiek domostw. 

Phoenix

To duże 2-milionowe miasto; ma podobnie jak LA downtown, czyli centrum z wieżowcami; ciągnie się około 70 kilometrów, ale ciekawym jest Heard Museum z historią Indian w Ameryce.

Flagstaff 

To z kolei małe studenckie miasto z uniwersytetem, ale jest wstępem do Wielkiego Kanionu Kolorado. 

Grand Canyon Colorado

To najlepszy pokaz jak świat zmieniał się przez miliardy lat. Rzeka Colorado w równinie wyżłobiła sobie kanion przez wszystkie ery dziejów świata – te 1500 m głębokości kanionu to przekrój całego naszego światowego jestestwa. 

Kanion ma 15 km szerokości, ale z góry przecież wielka rzeka, jaką jest Kolorado – wygląda jak mała nitka. 

Wsiadamy do helikoptera, który lecąc wewnątrz kanionu pokazuje nam jego piękno; w słuchawkach muzyka Wagnera, co jeszcze podnosi temperaturę tych wrażeń. 

Monument Valley

Przez krainę Indian Navajo docieramy po południu do słynnej Monument Valley (doliny pomników) – to są na czerwonej skalistej pustyni ostańce wysokości do 300 m. Słuchamy opowieści o Indianach i na własne oczy widzimy to, co wielokrotnie na westernach. 

Utah – kraina kanionów

Zaczynają się te wspaniałe zabytki krajobrazowe – we wszystkich przewodnikach 3/4 najciekawszych miejsc w USA to te, które zwiedzamy w tych czterech stanach – Utah jest w nie najbogatszy. 

Najpierw Antelop Canyon – niewielki spacer wewnątrz (około godziny), ale kiedyś utonęła w nim cała wycieczka francuskich turystów; idziemy pod ziemią i między skałami. 

Następny przystanek to Bryce Canyon – wygląda jak organy bądź z góry jak duża metropolia. Są trzy punkty widokowe i z każdego z nich to trochę inny widok, ale w sumie wygląda to jak wielki amfiteatr – to już są poważne górki; punkty widokowe są powyżej 2500 m n.p.m.

Problem jest z klimatem. W Californii było plus 25 st. C, w Arizonie podobnie, natomiast w tych kanionach w Utah pada śnieg i jest około 0 st. C – jak tu się ubrać na zwiedzanie tych Stanów.

Kolejnym kanionem jest Sion Canyon. Niegdyś tu mieszkali Indianie, ale odkryli go Mormoni. Kanion ze swoją rzeką Virgin wyżłobił i dalej żłobi wąwóz, a powyżej są wodospady, wiszące ogrody i biała skała nazwana Białym Tronem (z jej podnóża do siedziska to tylko 750 m). 

Nocujemy w miejscowości Page, tak „na oko” kilkanaście tysięcy mieszkańców; idziemy na kolację do restauracji z muzyką. 

Ta ostatnia jest z połowy ubiegłego wieku; panowie są w wysokich butach i rozchełstanych koszulach (wszyscy są zresztą nieźle pijani) – nastrój jak z saloonu; tak wygląda interior amerykański.

Ostatnią z atrakcji krajobrazowych Stanu Utah to Jezioro Powella (Lake Powell); jezioro tu kiedyś też było, ale budując elektrownię wodną zmieniono bieg rzeki i jezioro stało się dużo większe i to ze stumetrowymi skałami na brzegu – płyniemy małym wycieczkowym stateczkiem przez 3 godziny. 

Nevada – pustynie i słynne jeziora

Co prawda nie jedziemy na północ Utah do słynnego jeziora Great Salt Lake, bo skręcamy na Las Vegas, ale pustyń i wyschniętych słonych jezior będziemy mieli w Nevadzie pełno. 

Zaczynamy od pustyni Mohave, która jest ni to pustynią, ni to trzęsawiskiem, bo ugrzęznąć można w wielkim mule po kolana – słońce piecze niemiłosiernie i już zapomnieliśmy o śniegu w kanionach. 

Po drodze mijamy napis „Military Area” z zakazem zjazdu z drogi i chociaż nic nie widać, to znaki pokazują nam, że jest to „strefa 51” czyli tajne militarne prace wojskowych USA – nie mogliśmy sprawdzić, ale w filmach często podają, iż „trzymani i badani” tam są przybysze z innych planet. 

Tak mając już na zachodzie widok na wysokie szczyty Sierra Nevada znajdziemy się nagle na „uskoku”, z którego po kilku godzinach na pustyni widzimy miasto – to… 

Las Vegas 

Żyli tu sobie jeszcze w XIX wieku spokojnie Indianie w tej zielonej kotlinie; jeszcze w trakcie II wojny światowej było tu tylko 8000 mieszkańców plus baza dla szkoły pilotów wojskowych.

Wybudowanie zapory Hoovera, a przede wszystkim zalegalizowanie przez Stan Nevada gier hazardowych, spowodowało napływ kapitału ze Wschodniego Wybrzeża (szczególnie brudnych pieniędzy gangsterów). 

Hollywood. Rodeo Drive

Niejaki B. „Bugsy” Siegiel zaczął budować mafijne hotele i kasyna gry, które powstawały dokładnie jak „grzyby po deszczu” – w chwili obecnej miasto liczy około 100.000 mieszkańców, którzy obsługują miliony turystów rocznie. 

Kiedyś myślałem, że Las Vegas to zwyczajny „kicz” – zmieniłem zdanie – to co tam zrobiono, to majstersztyk. 

Wzdłuż Las Vegas Blv. z jednej strony słynne hotele z kasynami gry, jeziorem, na którym odbywają się bitwy morskie, innym na którym w takt muzyki działa tysiące fontann, z drugiej zaś strony bulwaru jest najpierw egipski Luxor z piramidami (notabene w Luxorze w rzeczywistości ich nie ma); dalej Nowy York z repliką Empire State Building; Paryż z wieżą Eiffla i Wenecja z kanałami, po których pływają gondole, a gondolierzy śpiewają „bel canto”. Tylko na pierwszy rzut oka to jest „cukierkowate”; zrobione jest poprawnie; z klimatem i bardzo precyzyjnie. 

Las Vegas przekonuje, co można zrobić, jeśli angażuje się naprawdę duże pieniądze. 

My tradycyjnie zagraliśmy w Ceasars Pallace w ruletkę i na „jednorękich bandytach”, nie angażując większych środków wobec czego gra była stosunkowo krótka. 

W Las Vegas od czasów Franka Sinatry i Elvisa Presleya byli i śpiewali muzycy, którzy się liczą w muzyce, a filmów nakręcono dziesiątki – na pewno pamiętacie „Showgirls”, czy też „Jacpot” z Cameron Diaz. 

Na „Strasphere”, czyli 350-metrowej wieży, gdzie są mrożące krew w żyłach atrakcje (jumping, big shot i inne), z powodu braku czasu nie wjechaliśmy, czego żałuję. 

Dolina Śmierci 

Wyjeżdżamy po 30-tu godzinach z Las Vegas, gdzie prawie nie spaliśmy i… znowu pustynia, ale już sama nazwa mówi, jaką ona jest – Death Valley (Dolina Śmierci) – jest to zabójcze piękno.

Depresja (około 80 m p.p.m.) otoczona wysokimi górami, to mieszanina mułu, piasku i soli, nagrzewa się do 100 st. C – ile osadników prących na zachód w XIX wieku tam zginęło. 

Dzisiaj przez Dolinę Śmierci prowadzi szosa asfaltowa, ale utknąć tam bym nie chciał – chociaż widoki są wspaniałe, jak choćby „paleta artystów” – skały i piaskowe wydmy we wszystkich możliwych kolorach. 

Jedziemy wzdłuż Yosemity N. Park, który ponoć jest najciekawszym parkiem narodowym USA, ale niestety z uwagi na porę roku wjazd do niego jest okresowo zamknięty. 

Reno i jezioro Tahoe 

Zaraz po minięciu Yosemity Park na wysokości ponad 2000 m znajduje się miejscowość Bodie – to osada górników i poszukiwaczy złota w okresie połowy XIX wieku; jest tam 200 drewnianych budynków, są „saloony”, sklepy, stajnie, domy – tyle że nikt tam nie mieszka – za to kiedyś częściej, jak było to modne, kręcono tu westerny. 

Dojeżdżamy do Reno, które onegdaj próbowało konkurować z Las Vegas – bo to też Nevada i można było otworzyć kasyno. Obok Reno jest prześliczne jezioro Tahoe. 

I znowu w Kalifornii

Przekraczamy granice stanów, wysokie góry Sierra Nevada i jedziemy do stolicy Kalifornii, do Sacramento. Gubernatorem był wówczas Schwarzenegger (ten były Mister Uniwersum i aktor filmowy) – akurat nie było go w mieście, a pozwolono nam zwiedzić jego gabinet w pałacu gubernatorskim i wobec tego siedziałem w jego fotelu – niby nie „pokój owalny”, ale zawsze…

San Francisco – miasto wzgórz i mostów 

Na tylko ogólne poznanie tego miasta potrzeba przynajmniej trzech dni. 

Zaczynamy od portu, gdzie wjeżdżamy poprzez S. Rafael Bridge do miasta leżącego zarówno nad Pacyfikiem, jak i przede wszystkim nad trzema wielkimi zatokami. 

San Francisco widok z lądu na zatokę i słynne więzienie

W porcie przy każdym nabrzeżu, a szczególnie tam, gdzie są promy i ludzie, widzimy kalifornijskie uchatki (to coś pomiędzy foką a lwem morskim) – jest ich po prostu mnóstwo i to na wolności. 

Oglądamy z odległości Golden Gate, ale pojedziemy tam w następny dzień. 

Zwiedzamy Downtown, czyli centrum, ogrody japońskie, a  urzeka Rodeo Drive – to ulica o niesamowitym spadku, wobec czego jest serpentyna i zygzaki – jedzie się (niby tylko z góry jednokierunkowo), ale wśród gazonów z kwiatami i z szybkością nie większą niż 10 km/h – widać z niej Alcatraz. 

Właśnie w następny dzień wcześnie rano wybieramy się na tę słynną wyspę – więzienie (też w wielu filmach); wyspa nie jest na pełnym oceanie, a w olbrzymiej zatoce – tam zatrzymaliśmy się przy celi, w której siedział słynny gangster Al Capone i to podobno jedynie za niepłacenie podatków. 

Po południu przejeżdżamy przez Golden Gate – most na wysokości 70 m nad wodą i długości prawie 3 km, największe statki oceaniczne przepływają dużo niżej od nas; widok niesamowity, tym bardziej z powodu koloru tego mostu (international orange). Choć stoi już ponad 80 lat, malują go non stop i ciągle sprawdzają najmniejsze wady – bo przecież to wizytówka S. Francisco. 

San Francisco leży w uskoku Andreas, co może za miliony lat (ale również i wcześniej) spowodować, iż Kalifornia stanie się wyspą oderwaną od kontynentu, a zresztą w 1906 roku było tu poważne trzęsienie ziemi. 

Chociaż w wielu katastroficznych filmach Golden Gate wali się do oceanu, to wszędzie zapewniają, iż nawet 8 stopni w skali Richtera przetrzyma. 

Czy widzieliście Państwo słynny film „Quake – trzęsienie ziemi”; wyprodukowany został 50 lat temu, a nadal robi wrażenie. 

Na drugiej stronie mostu jedziemy do parku sekwoi, bo nie widzieliśmy ich w Yosemity Park – sekwoje mają do 100 m wysokości, a przy każdej jest tabliczka z wiekiem (1000 lat; 2000 lat i nieznany wiek) – to są najwyższe i najstarsze drzewa świata. 

Mam w ogrodzie taką małą metasekwoję, którą w donicy podarowałem przyjacielowi – po dwóch latach mi oddał, bo się nie mieściła w mieszkaniu, a po 10 latach jest wyższa od mojego domu. 

Wieczory spędzamy w restauracjach chińskich Chinatown, dzielnicy najbardziej chińskiej poza Chinami. 

Trasa do LA

Odległość pomiędzy San Francisco a LA to prawie 700 km. Jedziemy najpierw w okolice Morgan Hill, gdzie są słynne winnice win kalifornijskich (w najlepszej winnicy w Napa na północ od San Francisco nie byliśmy), a następnie autostradą M-I wzdłuż wybrzeża Pacyfiku, mając stale po lewej stronie – nawet i czasami po obu stronami – pasmo gór Nadbrzeżnych; one są wysokie na prawie 2000 m. 

Z drogi widać w górach rezydencje sławnych miliarderów np. Paula Gett`yego. 

Docieramy do Santa Barbara – to piękny kurort znany z filmu „Some Like It Hot” z Marylin Monroe w roli głównej; jesteśmy przy tym hotelu, gdzie grała na ukulele i na słynnej przystani. Wówczas tam wystawiano symboliczne krzyże na plaży – żołnierzy poległych w wojnach w Iraku i Afganistanie – gdy my byliśmy, to było ich trochę ponad tysiąc, a później już ponad cztery tysiące. 

Ponownie w LA

Do wylotu do Nowej Zelandii pozostajemy jeszcze dwa dni w Los Angeles.

Zwiedzamy kościół Mormonów – oni są jako instytucja nieprawdopodobnie bogaci. 

W ostatni wieczór poszukujemy takiej restauracji, gdzie jest kanał HBO – walczyć ma z kimś Gołota. 

Przyjaciel na którymś z placów, gdy kierowca poszedł sprawdzić restaurację, niechcący wykopnął butelkę plastikową po napoju, „spod ziemi” znalazł się policjant na motorze i mandat miał wynosić 1000 USD; pod długich negocjacjach doprowadziłem do 500, ale gdy nie dało się dalej – to powiedziałem, że go nie rozumiem i musimy czekać na przewodnika. Przewodnik, jak się okazało, stał kilka metrów dalej, a policjant powiedział, że na niego poczeka, ale musi odprowadzić motocykl – jak tylko policjant odszedł, przewodnik wskoczył do samochodu i odjechaliśmy. Ja byłem tylko pasażerem, ale ostatnio u nas taka ucieczka, to już nie wykroczenie, ale przestępstwo; szczęśliwie nikt nas nie szukał. 

LA to wielkie lotnisko, zatrzymujemy samochód, a samoloty wzbijają się kilkadziesiąt metrów nad naszymi głowami – wtedy to dopiero widać, jakie to kolosy są te Boeingi oceaniczne. 

Takim właśnie odlecieliśmy do Nowej Zelandii, a podroż trwała 13 godzin. 

Kategorie: In Gremio 151, Felieton

Włodzimierz Łyczywek

adwokat, wieloletni Dziekan Szczecińskiej Izby Adwokackiej, w latach 2005-2007 Senator VI kadencji, odznaczony m.in. Krzyżem Oficerskim Odrodzenia Polski i „Wielką Odznaką Adwokatura Zasłużonym”

Zobacz najchętniej czytane działy:

  • Kryminalna historia Polski
  • Ślepym Okiem Temidy
  • Temat numeru

Pierwszy panel boczny

Informacje:

  • O In Gremio
  • Redakcja
  • Rada Programowa
  • Zasady współpracy
  • Reklama
  • Polityka prywatności
  • Regulaminy
  • Kontakt
© 2004–2026 In Gremio.