Wyobraźmy sobie, że w londyńskim pubie przy pokalu ciepłego piwa spotkało się dwóch adwokatów
Spotkanie dwóch światów
Jeden z nich to Polak, adwokat pracujący w rzeczywistości opartej na fundamentach prawa rzymskiego. Jego świat jest światem prawa stanowionego zwanego na wyspach „kontynentalnym”. Drugi jest Anglikiem funkcjonującym w rzeczywistości prawa zwyczajowego skrywającego się za enigmatyczną nazwą common-law. Panowie niewiele o sobie wiedzą, więc podejmują dyskusję na temat sobie najbliższy. Polak poznaje rudymenty angielskiego systemu prawnego, po czym zaskoczony pyta, jak można żyć w kraju, w którym nie funkcjonują kodeksy. Anglik reaguje spokojnie. „Można – odpowiada. – Posłuchaj…”.
Anglia i kontynent
By zrozumieć fenomen braku kodeksów w kraju, gdzie nawet „konstytucja” nie jest spisana w jednym akcie, lecz tworzy ją pewna siatka powiązanych ze sobą „ustaw zasadniczych”, należy spojrzeć wstecz. W czasach pradawnych zarówno na kontynencie, jak i na wyspach, wszystkim rządził zwyczaj, ludzie wchodzili w szeroką gamę interakcji. Z czasem pojawiła się potrzeba ich usystematyzowania. Kontynent wypracował rozwiązanie w postaci tworzenia prawa przez władzę (monarcha, senat, parlament itd.). Sądy miały je następnie stosować bez żadnych modyfikacji. Z kolei wyspiarze, choć zachowali sztywną konstrukcję wielu swych zwyczajów, wprowadzili możliwość ich stopniowej modyfikacji w drodze sędziowskiego orzekania. Proces ten w Anglii rozpoczął się już w XI wieku, kiedy William Zdobywca siłą „zunifikował” najechane przez siebie ziemie.
Kontynent poszedł inną drogą. Postawiono tam na pewność prawa, czyli oparty na ustawie i przez to do pewnego stopnia przewidywalny schemat rozstrzygnięć dla wszystkich. Wyspiarze zdecydowali się zaufać elastyczności sędziów oraz ich zdrowemu rozsądkowi. W ich przekonaniu wydanie dobrego orzeczenia wymagało indywidualnego podejścia do każdej sprawy. U nich procesy prawotwórcze miały dokonywać się w sądach i posiadać charakter stały. Rozwiązanie to miało i ma wiele zalet. Za sprawą władzy złożonej w ręce sędziów porządek prawny mógł nieustannie podlegać korektom i ewoluować. Ponieważ od czasów Williama Zdobywcy na angielskiej ziemi już nigdy nie stanęła noga kolejnego „unifikatora” tych terytoriów, Anglicy najwyraźniej również uznali, że nie ma powodów, by cokolwiek zmieniać.
Anglicy i idea kodeksu
Uproszczeniem byłoby stwierdzenie, że idea kodyfikacyjna jest Wielkiej Brytanii nienawistna. Lepiej powiedzieć, że Brytyjczycy są wobec niej ostrożni. Wszak podejmowali, podejmują i prawdopodobnie będą nadal podejmować próby systematyzowania swego prawodawstwa. Działania te nie cieszą się wszelako sympatią i zaufaniem sporej grupy miejscowych jurystów. W związku z powyższym prof. Harry Lawson, wykładowca komparastyki prawniczej w Oksfordzie, napisał niegdyś: „Kodeksy nie są potworami”. Kwestią otwartą pozostaje, czy udało mu się przekonać kolegów.
Podejmowano również działania o charakterze systemowym. Ustawą o Komisjach [reform] Prawa z 1965 r. [Law Comissions Act 1965] brytyjski parlament powołał komisje w celu uporządkowania i kodyfikacji prawa. W artykule trzecim tejże ustawy napisano: „celem kodyfikacji jest przegląd i skompletowanie całego prawa… mając jednocześnie na uwadze jego systematyczny rozwój i reformy, włączając w szczególności kodyfikację prawa, usunięcie anomalii prawnych, odrzucenie treści zbędnych i nieużytków, zredukowanie liczby aktów normatywnych, a także ogólne uproszczenie i modernizacja prawa”.
Przykład powyższy pokazuje, że przynajmniej wybrani Brytyjczycy dostrzegają zalety posiadania kodeksów, a niektórym marzy nawet się uporządkowanie własnego prawa na modłę kontynentalną. Wszak łatwiej jest sięgnąć po kodeks i próbować coś zrozumieć, niż wertować masę rozproszonych aktów normatywnych. Tamtejsi „kodeksofile” zachowują się jednak tak, jak gdyby chcieli zjeść ciastko i mieć ciastko. Nie wyobrażają sobie bowiem odcięcia się od praktyki sięgania do precedensów. Nie chcieliby również rezygnować z elastyczności w stosunkach cywilnych, handlowych i ogólnie pojętych gospodarczych. Dlatego najczęściej rozmawia się w Anglii o potrzebie kodyfikacji prawa karnego.
Podsumowanie
Zamiast szukać odpowiedzi na pytanie „który system jest lepszy?”, spróbujmy raczej przypomnieć sobie sformułowaną już przez Rzymian zasadę suum cuique (każdemu według potrzeb). Zdarza się, że Anglosasi zazdroszczą nam kodyfikacji równie mocno, jak my tęsknimy za tym, by nasze sprawy trafiały w ręce mądrych sędziów, których nie będą ograniczać żadne ramy formalne, a ich wyroki oparte będą na zasadzie słuszności. Perspektywa rewolucji w prawie, która nadchodzi i która będzie związana z coraz szerszym wykorzystaniem sztucznej inteligencji, nie powinna nas jednak paraliżować. Wprowadzenie drobnych, acz pożytecznych zmian jeszcze nikomu nie zaszkodziło. Nie ulega wątpliwości, że Anglikom przydałaby się szczypta porządku w ich systemie. Naszemu prawodawcy zawsze należy zaś życzyć refleksu, elastyczności i logiki.