Jako wieloletni bywalec sal sądowych, zasiadając zarówno po prawej, jak i po lewej stronie sądu, ze zdumieniem, zaciekawieniem, ale i w tej chwili pełna obaw o rzetelność, sprawność i uczciwość procesów wszelakich, obserwuję rzeczywistość. Niestety nie napawa ona optymizmem. Zanim zaś zabrałam się za napisanie tegoż artykułu, zasięgnęłam języka u znajomych adwokatów i prokuratorów rezydujących w różnych miejscach w Polsce. Czy aby się znowu nie czepiam? Okazuje się, że nie, a problem, który leży mi na sercu, spędza sen z powiek wielu innym uczestnikom. I tak naprawdę, brak jest regulacji, które mogłyby go, jeśli nawet nie definitywnie rozwiązać, to przynajmniej ograniczyć w stopniu znacznym.
Rzecz prozaiczna – telefony komórkowe na sali sądowej. Konkretniej dopuszczalność ich używania. Bynajmniej nie chodzi tutaj o to, że czasem komuś telefon podczas rozprawy zadzwoni, bo zapomniał lub nie wiedział, że wyłączyć go powinien, wprawiając wszystkich w lekką konsternację, a zeznającego trzęsącym się głosem świadka – kompletnie wytrąca z równowagi. Nie chodzi też o wibrujący w kieszeni lub torebce aparat, którego dźwięk mimo wszystko wwierca się z uporem w mózg i z każdą chwilą jest coraz bardziej irytujący. Nawet nie chodzi o nielegalne nagrywanie przebiegu rozprawy i ukradkowe robienie zdjęć, bo i takowe sytuacje mają miejsce. Problem jest dużo poważniejszy i zaczyna mieć już realny wpływ na postępowania, a być może niekiedy także na finały spraw. Piszę te słowa na bazie doświadczeń własnych z ostatnich kilku miesięcy i relacji innych prawników.
Rozprawa. Reprezentuję małoletniego pokrzywdzonego. Po przeciwnej stronie kilkunastu małoletnich sprawców. Wszyscy z rodzicami i obrońcami. Sąd na czas składania zeznań przez pokrzywdzonego wyprasza z sali dzieci liczące sobie średnio po 190 cm wzrostu i po jednym z rodziców. Pozwala zostać obrońcom i pozostałym rodzicom. Zaczyna się przesłuchanie pokrzywdzonego, a po przeciwnej stronie szum i nerwowe ruchy. Po chwili przed rodzicami leżą telefony, bardziej zachowawczy trzymają je w dłoniach. Coś tam grzebią, naciskają, schylają się, szepczą do aparatów. W pewnym momencie słychać nawet przez któryś z telefonów fragment rozmowy toczącej się na zewnątrz. Nie trzeba być specjalnie lotnym, aby zorientować się, że rodzice łączą się ze swoimi latoroślami, by te wszystko słyszały i układały sobie wersję, którą po chwili przedstawią sądowi. Zwracam sądowi uwagę, że rodzice mają włączone telefony i sprawcy właśnie słyszą treść zeznań, na bieżąco zapewne ustalając między sobą, co warto, a czego nie warto mówić. W tym momencie znowu szum. Telefony pochowane jak jeden. Sąd zwraca się do każdego z obecnych rodziców z pytaniem: „czy używa pan/pani telefonu?”. Kilkanaście osób zaprzeczyło. Pomijając aspekt wychowawczy małoletnich, naukę poszanowania sądu etc. – znalazłam się w parodii procesu. Oczywiście, że sprawca ma prawo słyszeć lub zapoznać się z zeznaniami pokrzywdzonego, ale przecież nie tą drogą! Istnieją ku temu, i z powodzeniem funkcjonują, określone narzędzia prawne.
Druga sytuacja. Rozprawa. Tym razem o znęcanie się, w której bronię oskarżonego. Zeznania składa pokrzywdzona, która przed sobą ma położony telefon, na którym ciągle coś przyciska. Po niej zeznaje kilka kobiet w charakterze świadków, wezwanych na tę samą godzinę. Jak to świadkowie – panie wchodzą jedna po drugiej. Na pięć pań – trzy powtórzyły niemal to samo co pokrzywdzona, używając nawet tych samych, charakterystycznych słów, których nie używały w toku postępowania przygotowawczego. Nie dało to nic do myślenia sądowi, mimo iż telefon i rozpaczliwe manipulacje na nim widział. Nie sposób bowiem było nie zauważyć zarówno urządzenia, jak i zachowania pokrzywdzonej. Nietrudno zgadnąć, że oskarżony z tak zebranym materiałem dowodowym nie miał większych szans, choć owo znęcanie się ujrzało światło, jak to się często zdarza – w trakcie trwającej sprawy rozwodowej zainicjowanej pozwem tegoż pana.
To tylko dwa przykłady, choć jako wnikliwy obserwator tego co się wokół dzieje – odnotowałam ich ostatnio więcej. Okazuje się, że nie tylko ja. Co prawda usłyszałam też głos ludu, który uświadomił mi, że profesjonalne podmioty też dopuszczają się podobnych praktyk. Wierzę jednak, że to przypadek tak odosobniony, jak humbak w Bałtyku nieopodal naszych plaż.
Czy ja używam na sali sądowej telefonu komórkowego? Oczywiście, że używam i to dość często. Mam w nim bowiem przepisy prawne, dostęp do orzecznictwa, notatki z rozmów z klientami, zdjęcia z akt sprawy itp. Podobnie przecież jak każdy z nas, profesjonalnych pełnomocników i obrońców. Bez telefonów, które są po prostu narzędziem naszej pracy, nie sposób dzisiaj funkcjonować. Zastąpiły one opasłe kodeksy, które robią się coraz obszerniejsze. Dzięki temu urządzonku nie muszę targać ciężkich akt. Komórka, laptop, tablet – one wszystkie czynią życie prawnika lżejszym, mimo coraz cięższych czasów. Jak się jednak okazuje, są to też urządzenia, które wykorzystywane w sposób niepożądany, finalnie mogą zadecydować nawet o czyjejś przyszłości. Zasada transparentności postępowania, wiarygodności przekazu świadków, samodzielności w składaniu zeznań doznają bowiem wypaczeń.
W tym miejscu paść musi pytanie: i co z tym wszystkim zrobić? Obawiam się, widząc zaangażowanie gospodarzy procesów sądowych, że problem ten będzie tak samo nierozwiązywalny jak problem używania telefonów komórkowych w szkołach. Okazuje się bowiem być tak bardzo skomplikowanym, że dyrektorzy zdecydowanej większości placówek nie są w stanie sobie z nim poradzić. Ale, ale. Są też chlubne wyjątki. To tam, gdzie dyrektorom jeszcze się chce – wdrożono systemowe rozwiązania, które pozwoliły na uregulowanie tej sprawy w sposób zadowalający. Chciałoby się oczekiwać tożsamych postaw ze strony sędziów.
Zatem oczywistą jawi się konieczność podjęcia działań nakierowanych na przeciwdziałanie tym niecnym praktykom. W przeciwnym wypadku istnieje ryzyko, że postępowania sądowe okryją się wręcz mianem śmieszności. Równie bowiem dobrze będzie można poprosić świadków, by zamiast przychodzić do sądu i składać zeznania – przysłali swoje stanowisko na piśmie bez konieczności nawet stawiania się na terminie. Z przykrością stwierdzić należy, że obowiązek mówienia prawdy staje się coraz bardziej iluzoryczny na salach sądowych. Do nielicznych także należą przypadki, by sędziowie odnotowując fakt składania fałszywych zeznań – informowali o tym prokuraturę. Nie reagują zazwyczaj także na owe nieprawidłowości coraz rzadziej uczestniczący w rozprawach prokuratorzy. To ciche przyzwolenie, by bezprawne praktyki na rozprawach hulały po salach sądowych coraz bardziej. Nie będę tutaj przytaczać komentarzy, które można usłyszeć na korytarzach sądowych względem sędziów i prokuratorów, którzy zdają się nie widzieć faktu korzystania przez podmioty nieprofesjonalne z telefonów komórkowych podczas rozprawy, ale z całą mocą wskazuję, że nie służą one do podnoszenia poziomu zaufania i szacunku do sądownictwa jako instytucji stojącej na straży szeroko rozumianej sprawiedliwości.
Zachęcam Państwa do podzielenia się uwagami. Kwestia używania telefonów komórkowych podczas rozpraw i posiedzeń jawi się jako konieczna do uregulowania i to zapewne w sposób pilny i odgórny. Żywię nadzieję, że głos ten będzie słyszalny i uda się wypracować stosowne postulaty. Wszyscy jesteśmy świadomi, że tabliczki z przekreśloną komórką lub z informacją, że „obowiązuje zakaz używania telefonów komórkowych” są kompletnie martwe i doprawdy nikt, ale to nikt, nie zwraca na nie uwagi. Dostępne narzędzia w postaci kar porządkowych za obrazę sądu itp. także nie zdają egzaminu, pomijając już fakt, że nie są po prostu wykorzystywane. Nie dam sobie też wmówić, że zaobserwowane praktyki (na szczęście jeszcze zdarzające się na niektórych tylko rozprawach, ale jednak stanowiące zjawisko przybierające na sile) to znak naszych czasów. Chciałabym, żeby sala sądowa tak jak kiedyś była miejscem, w którym wszelkie przejawy nieuczciwości są tępione. Temida nie jest ślepa, ani tym bardziej głucha.