Poranek, 8 lipca 1981 r. Waszyngton, D.C.
Budynek Eccles przy Constitution Avenue nie został zaprojektowany, by wyglądać imponująco.
Choć neoklasyczny w stylu, jest na tyle minimalistyczny, by podkreślić funkcję i prostotę bryły. Oszczędność jasnego trawertynu zdaje się wręcz ironiczna, gdy uświadomimy sobie, że spoczywa
na fasadzie budynku, w którym zapadają najważniejsze decyzje dotyczące amerykańskiej gospodarki, bankowości i waluty.
Tym bardziej karykaturalnie wyglądało więc, gdy dwumetrowy, elegancko ubrany mężczyzna, stawiający pospieszne kroki, niemalże wbiegł po marmurowych stopniach prowadzących do drzwi wejściowych Rezerwy Federalnej Stanów Zjednoczonych. Za przyciasną, ponurogranatową marynarką mężczyzny ciągnęła się woń wody kolońskiej i zapach dymu z niedawno dopalonego cygara. Ani garnitur, ani cygaro nie należały do najdroższych. W istocie Paul Volcker palił wyłącznie AC Grenadiers, bo kosztowały raptem 25 centów za sztukę. Obiecał nawet kiedyś, że rzuci cygara, gdy tylko Stany Zjednoczone przestaną mieć deficyt budżetowy. Palił aż do śmierci.
Bez słowa popędził przez hol wejściowy w kierunku schodów prowadzących do swojego biura. Dopiero gdy drogę zagrodziła mu sekretarka z naręczem korespondencji, zwolnił z rozpędu do szybkiego marszu. Zostawała kilka kroków za nim, łapiąc hausty powietrza w skazanej na niepowodzenie próbie nadążenia za wielkimi susami Volckera.
– Panie prezesie, przyszły do nas… – zaczęła. Olbrzym bezceremonialnie wszedł jej w słowo.
– Niech zgadnę… listy z pogróżkami i groźbami śmierci?

– … to nie wszystko – wysapała sekretarka, gdy Volcker wreszcie zatrzymał się przed drzwiami do biura. – Proszę spojrzeć. Wskazała palcem na koniec korytarza, gdzie oparta o ścianę stała jesionowa skrzynia o rozmiarach dorosłego człowieka. Nie, to nie była skrzynia – Volcker zreflektował się, gdy podszedł bliżej i poprawił okulary. To trumna.
– Ktoś wczoraj zostawił ją pod drzwiami – poinformowała sekretarka z nutą irytacji w głosie. – Wyrzucilibyśmy ją od razu na śmietnik, ale na podstawie zawartości pewnie da się ustalić, kto nam ją przysłał. Przynajmniej wlepią mu mandat za zaśmiecanie przestrzeni publicznej.
– Zawartości? – prezes zaniepokoił się nie na żarty, gdy sekretarka podeszła do trumny i zaczęła podnosić wieko. Zajrzał do środka i natychmiast odetchnął z ulgą i rozbawieniem. Wnętrze było wypełnione kluczykami – setkami, jeśli nie tysiącami – do sedanów, coupé i kabrioletów z lokalnych salonów samochodowych. Z powodu recesji brakowało na nie nabywców.
Paul Adolph Volcker Jr., dwunasty prezes Rady Gubernatorów Rezerwy Federalnej Stanów Zjednoczonych, doskonale zdawał sobie sprawę z – delikatnie mówiąc – nieciekawej sytuacji amerykańskiej gospodarki. Stopy procentowe były najwyższe w historii. Rynki, banki i małe biznesy wykazywały rosnący niepokój; silny dolar osłabiał konkurencyjność amerykańskich towarów eksportowych; a zagraniczne banki centralne robiły wszystko, co mogły, byle nie współpracować z FED-em. Volcker sam zaprojektował tę sytuację.
Nie mógł sobie jednak pozwolić na ugięcie pod wpływem pogróżek i rozpaczliwych gestów przedsiębiorców i zagranicznych dyplomatów. Stanowisko objął z politycznym mandatem, w który święcie wierzył: bank centralny ma obowiązek okiełznać inflację. Poprzednicy prezesa wybierali półśrodki lub poddawali się presji politycznej, ale Volcker ani myślał zbaczać z obranego kursu. Jeśli chciał uratować amerykańską gospodarkę – i nadal płacić ćwierć dolara za swoje ulubione cygara – musiał trzymać się go do skutku.
* * *
Ten hipotetyczny opis poranka w siedzibie amerykańskiego banku centralnego (zwanego FEDem) jest tylko lekko podkoloryzowany. Faktem jest, że sprzedawcy samochodów rzeczywiście wysyłali Volckerowi trumny pełne kluczyków do niesprzedanych pojazdów. Firmy budowlane złośliwie przysyłały do budynku Eccles ciężkie dębowe deski. Rolnicy protestowali na traktorach wzdłuż Constitution Avenue. W Kentucky organizacja budowlana rozwiesiła listy gończe za Volckerem i innymi członkami Rady Gubernatorów Rezerwy Federalnej. W Tennessee jedno z czasopism branżowych nadało jego działaniom wręcz karnistyczny ton, twierdząc, że Volcker „z premedytacją dokonał zabójstwa milionów małych firm” oraz „porwał dla okupu amerykański sen o własnym domu”.
Opowieść o osiągnięciach Paula Volckera może być niezrozumiała bez wyjaśnienia, czym właściwie zajmuje się bank centralny. Zacznijmy więc od podstaw.
Bank centralny to – ujmując w wielkim uproszczeniu – publiczna instytucja finansowa dysponująca uprzywilejowaną kontrolą nad produkcją i dystrybucją pieniądza oraz kredytu. Kluczowe cechy, które odróżniają bank centralny od banków komercyjnych, to monopol na emisję pieniądza oraz prawo do formułowania i realizacji polityki monetarnej.
Pojęcie „polityka monetarna” może się wydawać skomplikowane, ale na potrzeby tego artykułu wystarczy wiedzieć, że bank centralny decyduje, ile pieniądza znajduje się w gospodarce i tym sposobem utrzymuje kontrolę nad inflacją. Zwykle działa on pośrednio – ustalając oprocentowanie, po którym pożycza rezerwy pieniężne bankom komercyjnym. Wysokość tego oprocentowania staje się punktem odniesienia przy ustalaniu przez banki oprocentowania dla swoich klientów.
Przykładowo: jeśli bank centralny udziela bankowi komercyjnemu pożyczki na 5% w skali roku, to temu drugiemu nie opłaca się udzielić kredytu pani Kowalskiej po niższej stawce. Logika stojąca za polityką monetarną jest następująca: im wyższe oprocentowanie kredytów, tym mniej osób je zaciąga – a zatem mniej nowego pieniądza trafia do obiegu. Równocześnie wyższe oprocentowanie lokat skłania ludzi do oszczędzania, co również wycofuje pieniądze z rynku (choć tymczasowo). Ceteris paribus wysokie stopy procentowe spowalniają gospodarkę i zmniejszają presję inflacyjną, natomiast niskie – gospodarkę przyspieszają, zwiększając ryzyko inflacji. Rolą banku centralnego jest utrzymanie złotego środka pomiędzy wzrostem gospodarczym a niską inflacją. Jak wiele mechanizmów w świecie finansów – jest to broń obosieczna.
Skoro już wiemy, jak zazwyczaj działa polityka monetarna, pora wyrzucić tę wiedzę za okno. Volcker bowiem podszedł do walki z inflacją w sposób nieortodoksyjny i niezwykle pomysłowy.
Już w sierpniu 1979 roku, na początku swojej kadencji, Volcker przekonał FOMC (amerykański odpowiednik Rady Polityki Pieniężnej) do serii drastycznych podwyżek stóp procentowych. Miał świadomość, że walka z inflacją będzie długotrwała, bolesna i niepopularna – zarówno wśród przedsiębiorców, konsumentów, jak i wyborców. Dlatego już w październiku tego samego roku ogłosił, że FED przestanie bezpośrednio ustalać stopy procentowe. Zamiast tego wyznaczał będzie docelową ilość pieniądza w obiegu, a wysokość oprocentowania miała „dostosowywać się” samodzielnie – zgodnie z mechanizmami podaży i popytu.
Polityka FED stanęła na głowie, co dało początek tzw. „szokowi volckerowskiemu”. Jeden z członków Rady miał nawet powiedzieć dziennikarzowi CBS, aby zrezygnował z przygotowywania materiału o Janie Pawle II i wysłał ekipę na najbliższą konferencję prasową FED-u. „Będziecie to wspominać jeszcze długo po śmierci papieża” – zapowiadał.
Nowa strategia zdejmowała odpowiedzialność z instytucji za „manipulowanie stopami procentowymi”. FED miał sprawiać wrażenie, że to „wolny rynek” decyduje o kosztach kredytu, a więc trudniej było wskazać konkretne osoby odpowiedzialne za drogie pożyczki czy rosnące bezrobocie. Uwolnione stopy bardzo szybko osiągnęły rekordowe poziomy – w grudniu 1980 roku przekroczyły 20%. Dla porównania: w szczycie inflacji covidowej w Polsce stopa referencyjna NBP wynosiła zaledwie 6,75%.
Nie obyło się bez ofiar. Polityka Volckera doprowadziła do recesji w latach 1980–1982 i ponad 10-procentowego bezrobocia. Strategia FEDu obwiniana jest również za wywołanie kryzysu zadłużeniowego w Ameryce Łacińskiej oraz za upadek dziesiątek amerykańskich banków oszczędnościowo-pożyczkowych w drugiej połowie lat 80.
Wiele mówi się o wkładzie Ronalda Reagana w gospodarczą dominację nad Związkiem Radzieckim – poprzez zwiększenie długu publicznego i gigantyczne inwestycje w program zbrojeń („Gwiezdne wojny”), za którymi Kreml nie był w stanie nadążyć. Jednak z dala od fajerwerków fiskalnej rewolucji Reagana to właśnie prezes FED zdominował rzeczywistość makroekonomiczną. Paul Volcker był powszechnie nazywany drugą najpotężniejszą osobą w kraju. Ekonomista Andrew H. Bartels przewrotnie zasugerował, że Volcker nie zdobył pierwszego miejsca tylko z powodu braku kontroli nad siłami zbrojnymi.
To Volcker przywrócił stabilność amerykańskiemu dolarowi po dekadzie szoków naftowych i nieefektywnej polityki monetarnej. Gdy rządy państw bloku wschodniego wciąż jeszcze wierzyły, że siła nabywcza pieniądza bierze się z pracy albo z wartości szlachetnych kruszców, Paul Volcker pomógł przeciąć nić łączącą dolara ze standardem złota.
W latach 80. udowodnił, że wartość pieniądza ma charakter niematerialny – zależy od siły politycznej państwa, oczekiwań rynku i zaufania społecznego. A jeśli wystarczająco mocno zacisnąć pasa najuboższym – można mieć ciastko i zjeść ciastko: finansować olbrzymi deficyt i jednocześnie utrzymywać niską inflację.
Polityka monetarna to świat naczyń połączonych i obosiecznych broni. W tym świecie lekarstwo potrafi być bardzo gorzkie, a niekiedy nawet gorsze od samej choroby. Wskaźniki, których wysokość kontroluje bank centralny, wpływają bezpośrednio na dobrostan milionów konsumentów i przedsiębiorców. Jednocześnie suwerenność walutowa – czyli posiadanie własnej waluty i własnego banku centralnego – to jedno z najpotężniejszych narzędzi stabilizujących gospodarkę, regulujących handel zagraniczny i zabezpieczających finanse sektora publicznego i prywatnego.
Warto o tym pamiętać szczególnie dziś, gdy wychodzimy z okresu covidowej inflacji i poważnie rozważamy wstąpienie do strefy euro. Historia Narodowego Banku Polskiego nie zna tak wpływowych postaci jak Paul Volcker, a polski złoty nie ma renomy dolara czy euro. Ale warto zadać sobie pytanie: czy kiepsko wykorzystywane narzędzie należy wyrzucić do śmieci – czy może wciąż jest czas, by nauczyć się korzystać z niego skutecznie?