Kosmiczny wylot na Międzynarodową Stację Kosmiczną, kosmiczny tamże pobyt i kosmiczny powrót na Ziemię dra Sławosza Uznańskiego-Wiśniewskiego nie tylko doprowadził do drżenia serc wielu Polaków, erupcji narodowej dumy i niekrytego wzruszenia (wszak „nasz Ci on jest” i przy tym trzeci – po Panu Twardowskim i gen. Hermaszewskim – rodak w kosmosie), lecz na nowo zainaugurował rozmowy o polskich aspiracjach kosmicznych.
Wiele było mowy o polskim przemyśle kosmicznym, możliwości wystrzelania własnych cywilnych satelitów komunikacyjnych, rozwoju nauki „kosmicznej”, jej związku z gospodarką i wpływie jej „kosmicznych” badań na życie codzienne. Szkliły się przy tym z zachwytu oczy małych kosmonautów in spe, którzy widzieli już siebie samych w odległych galaktykach.
Dążeniom tym należy przytaknąć. Jest tak choćby z dwóch powodów:
Po pierwsze, skoro Polska, z różnych przyczyn historycznych, spóźniła się na kolonializm „ziemski” (por. barwnie o polskich aspiracjach, zdolnościach i przede wszystkim niepowodzeniach kolonialnych – G. Łyś, Bzik kolonialny. II Rzeczypospolitej przypadki zamorskie, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2023, ss. 333.), to może zda się „załapać” na kolonializm „kosmiczny”. Choć nadal obowiązuje nakaz niezawłaszczania przestrzeni kosmicznej, wynikający z układu z dnia 27 stycznia 1967 r. o zasadach działalności państw w zakresie badania i korzystania z przestrzeni kosmicznej, łącznie z Księżycem i innymi ciałami niebieskimi (Dz. U. z 1968 r. Nr 14 poz. 82), to nowa forma kolonializmu nie będzie raczej (w dającej się określić obecnie przyszłości) polegać na fizycznym zawłaszczaniu sobie przez państwa ani poprzez ogłoszenie suwerenności, ani w drodze użytkowania lub okupacji, ani w jakikolwiek inny sposób (art. 2 ww. układu). Jednocześnie postawa części z Państw-Stron układu, w tym zwłaszcza Federacji Rosyjskiej, budzi wątpliwości co do przyszłości istniejącego systemu.
Po drugie, po realizacji „milenijnych” celów fundamentalnych – po uchwaleniu w 1997 r. Konstytucji RP, po przystąpieniu w 1999 r. do Organizacji Paktu Północnoatlantyckiego i po przystąpieniu w 2004 r. do Unii Europejskiej, Rzeczpospolita stanęła oszołomiona brakiem jasnego i zrozumiałego celu, do którego Państwo i Naród mają dążyć. Zanim zostały osiągnięte te trzy etapy scalenia z Zachodem, wiele spraw w życiu publicznym było oczywistych: chcemy być liberalną demokracją na wzór zachodni – musimy uchwalić nowoczesną konstytucję, chcemy bezpieczeństwa militarnego i obrony sojuszniczej – porzućmy Układ Warszawski i sprzymierzmy się z Ameryką et consortes, chcemy dobrobytu, wolności i rozwoju – zaciśnijmy pasa i spełnijmy unijne warunki akcesyjne. Świat i cel był prosty, oczywisty i łatwo zrozumiały dla każdego. Obecnie pytanie: quo vadis, Polonia? spotyka się z notorycznym i zatrważającym brakiem odpowiedzi. Polska kosmiczna, zwłaszcza ze względu na swój gwiezdno-marzycielski potencjał, może stać się takim celem.
Ważnym sposobem wykorzystania kosmosu w celach przemysłowych, komunikacyjnych i naukowych, który – prędzej czy później – Polska kosmiczna będzie musiała wdrożyć, jest wysłanie własnych satelitów o cywilnym, a później może i wojskowym przeznaczeniu. Bez nich prawidłowy rozwój wielu dziedzin życia (np. telekomunikacja) i podnoszenie poziomu gwarancji bezpieczeństwa nie jest możliwy. Obiekty te, będąc w przestrzeni kosmicznej (a nie „w powietrzu”), niebędące przy tym ani terytorium państwowym, ani statkiem lub okrętem powietrznym lub morskim do państwa należącym, będą wystawione na liczne niebezpieczeństwa. Stać się mogą również obiektem ataku, czy też strącenia przez wrogie państwa. Nie jest to zagrożenie wyimaginowane, bo na rozwój rosyjskiego nadrealnego projektu antysatelitarnego wskazuje się już od dłuższego czasu w różnych analizach (por. np. M. A. Piotrowski, Nowe zagrożenia ze strony Rosji w kosmosie, „Biuletyn PISM”, 2024, Nr 40).
Co nas wtedy obroni? Własne siły zbrojne mogą być niewystarczające – czym innym bowiem jest pokojowa eksploatacja kosmosu, a czym innym będą ewentualne „gwiezdne wojny”. Czy zatem pomocny okaże się sławetny art. 5 Traktatu Północnoatlantyckiego (Dz. U. z 2000 r. Nr 87, poz. 970)? Niestety, nie. Żaden bowiem z przepisów art. 5, ani definicja zbrojnej napaści, zawarta w art. 6 tegoż traktatu, nie odnoszą się do zagadnień kosmicznych. Z ich perspektywy liczy się to co na i pod Ziemią oraz to, co sięga granic kosmosu (przestrzeń powietrzna). Wydaje się zatem, że rdzeń transatlantyckiego sojuszu obronnego winien zostać zmieniony (rozszerzony), jeżeli zamiary sygnatariuszy są również kosmiczne.
Postulat zmiany NATO-wskiego systemu zbiorowej obrony w kierunku aspektów kosmicznych nie jest przy tym „kosmicznym” pomysłem. Obecnie dostrzega się również i inne braki obowiązującej regulacji, np. w zakresie cyberbezpieczeństwa. Jak trafnie wskazują Sergei Guriev i Daniel Treisman, „NATO musi także przestać się skupiać wyłącznie na zagrożeniach militarnych – choć one nadal istnieją – i wzmocnić również obronę przed innymi atakami, na które decydują się współcześni dyktatorzy. Artykuł 5 Traktatu Północnoatlantyckiego można poprawić lub zinterpretować tak, by uwzględniał kolektywną ochronę przed cybernetyczną ingerencją w wybory odbywające się w dowolnym kraju członkowskim.” (S. Guriev, D. Treisman, Spin dyktatorzy. Nowe oblicze tyranii w XXI wieku, Wyd. Szczeliny, Kraków 2023, s. 342.). Nie są to zagrożenia abstrakcyjne. Niedługo stawić im będzie trzeba wspólnie (w gronie sojuszniczym) czoła.
Z powyższego wypływają dwa wnioski.
Primo, jeżeli w kosmosie chcemy coś znaczyć, to niestety nie sami, tylko z naszymi sojusznikami.
Secundo, o ile utarło się powiedzenie, że prawo nie nadąża za życiem (rzeczywistością), to należy baczyć, żeby przyszła kosmiczna rzeczywistość nie wyprzedzała prawa o całe lata świetlne. Stąd o zmianach w prawie należy myśleć już na etapie klaryfikacji marzeń o Polsce kosmicznej.