Prawo prasowe w art. 13 zabrania publikowania w prasie (ustawę stosuje się również do wszystkich innych mediów – radia, telewizji i internetu) wizerunku i innych danych osobowych osób podejrzanych czy oskarżonych. Przepis ten jest w istocie martwy, bowiem nie realizuje swojego celu – nie zapewnia ochrony tożsamości podejrzanego.
Business Insider nie ujawnia danych zatrzymanego Henryka K., a nawet zakrywa jego wizerunek poprzez czarną opaskę na oczy. Informuje jedynie, że zatrzymany jest „twórcą mięsnego imperium”. Zupełnie przypadkiem w tle znajduje się logo firmy wędliniarskiej z napisem „Henryk Kania”.
Sławomir M. korzysta z ochrony wynikającej z art. 13 prawa prasowego. Wirtualna Polska tylko pobocznie wspomina, że bratem zatrzymanego jest były premier Leszek Miller. Czy ktokolwiek domyśli się, jakie nazwisko nosi zatrzymany Sławomir M.?

Czarna opaska na oczy czy podawanie jedynie pierwszej litery nazwiska (lub czasem pierwszych dwóch np. „Sz.”) stanowi więc listek figowy dla rzeczywistego ujawnienia tych danych. Dziennikarze, jak mogą, rozwijają informację o zatrzymanym/podejrzanym Janie K. w taki sposób, żeby każdy odbiorca nie miał wątpliwości, że chodzi o Jana Kowalskiego. Notorycznie wskazywana jest spółka, w ramach której podejrzany funkcjonował tak, aby każdy mógł bez trudu zweryfikować nazwisko w wyszukiwarce internetowej lub też wskazanie cech tego zatrzymanego tak precyzyjnie, żeby wykluczyć ryzyko pomyłki. W 2024 roku Radio Wrocław informowało: „Były polityk Janusz P., założyciel partii „Ruch Palikota” został dzisiaj zatrzymany przez CBA.”
Czy nie można było napisać wprost, że zatrzymano Janusza Palikota? Przecież jedna i druga informacja wprost naruszają art. 13 prawa prasowego. W rzeczywistości celem dziennikarza jest więc ujawnienie opinii publicznej pełnych danych osoby zatrzymanej tylko pozornie je anonimizując.
Przepis ten jest również wykorzystywany instrumentalnie do piętnowania osób, którym nie postawiono żadnych zarzutów, choćby można było wskazać, że tych zarzutów nie postawiono „jeszcze”. W powszechnym mniemaniu „utrata” nazwiska na rzecz literki z kropką oraz pasek na oczach stanowią dowód problemów z prawem, są wyrazem tego, że ktoś jest przestępcą. Zdarza się więc, że media piszą o kimś, komu nie postawiono żadnych zarzutów, per Jan K. równocześnie dołączając jego zdjęcie z paskiem na oczach, aby wykreować wrażenie, że ów Kowalski ma jakieś perypetie z prokuraturą.
Przepis mający na celu chronić zasadę domniemania niewinności poprzez faktyczny zakaz piętnowania osoby podejrzanej/oskarżonej w rzeczywistości służy do prowadzenia medialnego linczu czy wręcz nieraz postawienia zarzutów nie przez prokuratora, a dziennikarzy. Przykład? Kampania prezydencka i nazywanie Karola Nawrockiego sutenerem (na marginesie trzeba wspomnieć, że opis zdarzeń odpowiadał bardziej kuplerstwu). W zasadzie bez znaczenia jest, czy rzeczony dopuścił się zachowań, o których pisali dziennikarze. Jeśli prowadził ten proceder, to przed określeniem go mianem sutenera miałby prawo do sprawiedliwego, dwuinstancyjnego procesu i tego, aby przed prawomocnym wyrokiem jego wizerunek i dane osobowe nie były w prasie publikowane. Inaczej oznaczałoby to, że podejrzany czy oskarżony ma więcej praw w zakresie ochrony wizerunku niż sprawca, któremu nigdy nie przedstawiono zarzutów, co jest oczywistym absurdem i skrajnym pominięciem ratio legis art. 13 prawa prasowego.
To odbicie sensu art. 13 prawa prasowego w krzywym zwierciadle wynika pewnie ze złej woli dziennikarzy, którzy na wszelki sposób próbują ominąć ów zakaz tak, aby dostarczyć swoim czytelnikom więcej informacji niż ich konkurencja. Agatha Christie mówiła, że nic tak nie ożywia akcji jak trup, stąd wiadomo, że nic tak nie zwiększa poczytności jak zdjęcia trupa czy szczegółowe opisy zbrodni, a nie suche notatki z miejsca zdarzenia.
W historii istnieją jednak ciekawe przypadki, gdy próba ochrony anonimowości prowadziła do rozpowszechnienia tego, co próbowano chronić. Zjawisko to nazywa się „efektem Streisand”.
W 2003 roku piosenkarka Barbra Streisand poczuła, że naruszono jej anonimowość. Fotograf Adelman umieścił w Internecie 12 tysięcy zdjęć Kalifornii dokumentujących erozję wybrzeża, w tym na zdjęciu numer 3850 znajdowała się rezydencja Streisand. Przed wytoczeniem pozwu przez piosenkarkę zdjęcie obejrzało 6 osób (w tym dwóch adwokatów Streisand), choć trzeba wspomnieć, że było ono podpisane „Streisand Estate, Malibu” czyli „posiadłość Streisand w Malibu”. Informacje o procesie sądowym szybko wyciekły z mediów i ponad 400 000 ludzi odwiedziło witrynę Adelmana, aby obejrzeć ów dom.
W Polsce mieliśmy z tym zjawiskiem do czynienia kilkukrotnie. Potyczkowała się z tym zjawiskiem Fundacja Ordo Iuris, której udało się uzyskać zabezpieczenie zakazujące rozpowszechniania informacji, że są oni „opłacanymi przez Kreml fundamentalistami”. Skutki? Setki osób publikowało w mediach społecznościowych informacje, że „Ordo Iuris to ta organizacja, o której nie wolno mówić, że są opłacanymi przez Kreml fundamentalistami”
Ostatnio heroiczny bój z Internetem toczył Roman Giertych, który informował, że skieruje prywatny akt oskarżenia przeciwko każdemu, kto rozpowszechnia umieszczony na szerzej nieznanym kanale film autorstwa Leszka Kraskowskiego o Aferze Polnordu i roli Romana Giertycha w tejże. Efekt? Tysiące udostępnień filmu z komentarzem typu „to jest ten film, którego nie wolno udostępniać” i ponad 30 tysięcy odtworzeń w kilka godzin oraz pół miliona w kilka miesięcy. Z tej perspektywy wzrost opłaty od prywatnego aktu oskarżenia z 300 zł do 1000 zł ma już ogromne znaczenie.
Mamy więc zestawienie dwóch sytuacji: przepisu prawa, który jest w oczywisty sposób wręcz gwałcony. Może więc warto pomyśleć o penalizacji naruszania art. 13 prawa prasowego? Wszak w ustawie tej przewidziano przepisy karne, a w tym odpowiedzialność karną dla dziennikarzy za publikację treści nagrań bez zgody osoby nagrywanej, publikację wypowiedzi bez umożliwienia jej autoryzacji czy nawet brak lub niewłaściwie sporządzoną stopkę redakcyjną.
Praktyka pokazała, że sam zakaz to za mało, aby osiągnąć cel przepisu, prawo prasowe funkcjonuje już ponad 40 lat, a dziennikarze anonimizują dane tak, aby nikt nie miał wątpliwości, o kim jest materiał prasowy.