Z zainteresowaniem przeczytałem w ostatnim noworocznym numerze „In Gremio” dwa niezależne od siebie teksty dotyczące przywracania szacunku dla sądu i rzetelnego obrazu naszej prawniczej społeczności. Mam tutaj na myśli felietony „(Work-)life balance” – brzmi niedorzecznie” Adama Sornka oraz adw. Patrycji Urban-Malady zainspirowany osobą jednego ze szczecińskich sędziów karnych.
Jest zawsze jakiś przepis, który pozwala cię zapuszkować
Arthur Bloch, Prawnicze Prawa Murphy’ego
Pomyślałem sobie wówczas o czymś, co kiedyś nazywało się szumnie „etosem adwokatury” i powróciło zwątpienie. Czy pozostały jeszcze jakieś szczególne wartości od kształtu, jaki zyskała Palestra po uzyskaniu niepodległości, do chwili obecnej. Lata międzywojenne to wielu nietuzinkowych prawników w togach z jedwabnym czarnym żabotem (zielony pojawił się dopiero w latach pięćdziesiątych, symbolizując nadzieję), ale także nie zabrakło takich, których dziś nazywamy kauzyperdami.
Po 1945 roku Adwokatura ograniczona przez władze komunistyczne wkroczyła w ruch odrodzeniowy dopiero po roku 1980. Złapała „lekką zadyszkę” po szokowym efekcie uchwalonej ustawy zwanej powszechnie jako „Lex Gosiewski”. Przełomowy rok 1982, gdy Sejm uchwalił ustawę o radcach prawnych, wywołał spór obu korporacji co do ich udziału na rynku oferowanych usług prawniczych. Wcześniej jednak Zjazd Poznański stanowił istotny moment dla współczesnej Adwokatury, przy ustalonym wówczas kanonie programu politycznego. Obecnie dostrzegamy rozwarstwienie materialne środowisk prawniczych „in corpore”, ale podejmowane próby przywrócenia Adwokaturze monopolu na rynku usług prawniczych wydają mi się iluzją. Obym się jednak mylił.
Jak powiedział przed laty ówczesny Rzecznik Praw Obywatelskich prof. Andrzej Zoll: „nikt z nas nie jest wolny od prawa i dlatego ono tak silnie nas wszystkich dotyka”. Stąd pewnie zainteresowanie całego społeczeństwa prawnikami i opinie, które mówią o kryzysie zaufania do tej grupy zawodowej. Nie będziemy tutaj rozważać, czy obecne czasy wymagają od adwokatów nieustannego diagnozowania kierunku nadchodzących zmian oraz stworzenia i doskonalenia całego spektrum instrumentów, by dostosować się do dynamiki zdarzeń. Jest to bowiem oczywiste i niepodważalne.
Jak napisał Andrew Neiderman w swojej książce „Adwokat diabła”: „gdy w grę wchodzi prawo, sumienie to jedynie zbędny balast”. Warto powrócić do wątku jej bohatera Kevina Taylora, który dołącza do wziętej, ekskluzywnej firmy prawniczej na Manhattanie, specjalizującej się w prawie karnym. Książka oddaje perypetie zawodowe ambitnego Taylora, zwabionego luksusem i sukcesem.
Odłóżmy do lamusa bajki o prawym adwokacie i złym prokuratorze, bo liczy się obecnie wyłącznie wiedza, kompetencje i umiejętność występowania przed sądem przy predyspozycjach do prowadzenia negocjacji. Dobra mowa obrończa to kompilacja fachowości, sztuki logicznego myślenia, posługiwania się anegdotą, znajomość historii, filozofii czy literatury. Warto mieć swój wzorzec zawodowy. Dla mnie takim jest Clarence Darrow – amerykański adwokat z przełomu XIX i XX wieku, bohater książki Irvinga Stone’a „W imieniu obrony”. Spraw bowiem nie wygrywa się tylko elokwencją czy piękną argumentacją, ale skuteczną znajomością procedur. Jest to podobna sytuacja jak ta, że większość ludzi można nauczyć gry na pianinie. Tak samo jest z występowaniem przed sądem. Nie trzeba być genialnym pianistą, aby zagrać bezbłędnie prosty utwór Dla Elizy Ludwika van Beethovena.
„Czwarta Władza”, to określenie mediów, które pełnią rolę kontrolną wobec trzech tradycyjnych. Kamera oraz mikrofon zagościły w sądach na stałe. Musimy się z tym pogodzić i starać się zapobiegać sytuacjom, aby sąd nie stał się miejscem, gdzie dziennikarz wypatruje jedynie sensacji. Ale pamiętajmy, że reporter sądowy jak sejsmograf bada poziom wystąpień mówców. Gdy przemówienie jest ciekawe, błyskają flesze i pracują kamery. Gdy napięcie spada, znudzone „pismaki” (jak wtedy potocznie nazywali ich niektórzy) wymykają się na papierosa. Przy pełnej globalizacji jedno dobre wystąpienie sądowe może wynieść adwokata na piedestał, a kiepskie spowoduje, że nawet kasowy mecenas nie jest wart podstawienia mu krzesła.
Mówi się potocznie, że jeśli nie ma cię w mediach, to praktycznie nie istniejesz. Ta maksyma dotyczy także sprawiedliwości i dlatego tyle celebryckich informacji czytamy codziennie na Facebooku począwszy od własnych sukcesów po życzenia składane dla potomnych.
Zastanawiam się jak daleko można posunąć się w hipokryzji, aby zaistnieć w publikatorach. Podawanie cech czy zdarzeń niebędących autorstwem piszącego staje się tutaj niestety coraz częstsze. Może należałoby jeszcze poszukać czerwonego dywanu i ustanowienia statuetki „ZŁOTEJ TOGI”.
Gdy zostałem adwokatem mój Ojciec (niebędący prawnikiem), udzielił mi kilku rad, z czego jedną pamiętam do dzisiaj i przestrzegam: W nastrój baśniowy można bez ograniczeń wprowadzać się w weekendy, lecz w dni powszednie zachowywać się należy z godną buddyjskiego mnicha wstrzemięźliwością. Nie zawsze jednak jest to przestrzegane, ale popularność wymaga uległości i poświęceń.
Zajmujemy się na co dzień prowadzeniem sporów, gdzie wygrać może na ogół jedna strona. W przypadku remisu niezadowoleni są wszyscy. A co dzieje się wówczas ze zwycięzcą? Po usłyszeniu werdyktu sądu nasz klient utwierdza się w słusznym dla nas przekonaniu, że racja była po jego stronie. A skoro tak, to po co angażował do sprawy prawnika ponosząc koszty. Sprawiedliwość i tak by zatriumfowała.
Za wielkim francuskim adwokatem Fernandem Payenpowtórzę, że „żaden z zawodów poza adwokaturą, nie łączy w sobie tylu pozornie przeciwstawnych przywilejów. Z jednej strony adwokat spełnia jakby pewne czynności ustawodawcze, z drugiej zaś jego działalność wiąże się ściśle ze sztuką i literaturą, przy czym uczestniczy w ich wszechludzkim posłannictwie”. Świadczy to o tym, że jeżeli ktoś dostał się na aplikację adwokacką, to oprócz talentu musi odnaleźć w sobie pasję i powołanie, a wówczas sukces, w tym materialny, tak ważny dla młodych prawników, będzie naturalną konsekwencją.
Moim przesłaniem piszącym te słowa jest spojrzenie na Adwokaturę, tak jak to uczynił najdoskonalszy z doskonałych pan sędzia Arkadiusz Krupa na ostatnim styczniowym wernisażu. Obok wizualizacji naszego wizerunku nie zapominajmy o stwierdzeniu, że „zawód jurysty polega na rozprawiczaniu prawa”. To prawnicze prawa Murphy’ego autorstwa Arthura Blocka, gdzie poczynając od pozwu, a kończąc na lukach prawnych – jeśli coś może pójść źle w świecie wymiaru sprawiedliwości, to z pewnością pójdzie. To cynicznie szczery i rozpaczliwie zabawny zbiór prawniczych aforyzmów z nieco sarkastycznym poczuciem humoru. Często się jeszcze zdarza, że rzeczywistość przekracza wyobraźnię satyryka.
Pozwolę sobie teraz przedstawić Szanownym Czytelnikom zdarzenia lub, jak ktoś woli, epizody ilustrujące nasz adwokacki udział w wymiarze sprawiedliwości. Może wywoła to u niektórych czytelników słuszne refleksje. Mam tu na myśli wysyłanie wiadomości do sieci naruszające czyjeś dobra. Obrońca przywołuje, że świat łaknie prawości, prostoduszności, rzetelności i uczciwości, przywołując na to oblicze swojego klienta. Mówi: oto ich uosobienie, nie mógł zatem tego uczynić i dlatego wnoszę o uniewinnienie. A wystarczyło wskazać logowanie komputera, co do adresu IP, aby wykazać inną osobę i rzeczywistą komunikację.
Usłyszana ostatnio w pokoju adwokackim recepta na skutecznego prawnika jest zaskakująco prosta: „kiedy masz prawo po swojej stronie, wal w fakty, a kiedy fakty są twoje, wal w orzecznictwo, a kiedy tam nic nie ma, wal po prostu ręką w stół i mów „to jest niemożliwe, aby oskarżony był winien”.
Zanudzam Państwa opowieścią o Adwokaturze, bo mimo nastania demokratycznego rządu, słuchając mediów nadal czuję się, jakbym był pogrążony w traumatycznym śnie. Z licznych publikacji wynika, że działań wymagających wiedzy prawniczej nie powinni wykonywać juryści, a politycy. To tak, jakby budowę Centralnego Portu Komunikacyjnego nadzorowała osoba, która odbyła kursy dziennikarskie w Wyższej Szkole Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu.
Musimy pamiętać, że adwokat nie może nigdy stać się obrońcą przestępstwa. Musi operować faktami i argumentami mogącymi pomóc jego klientowi w prowadzonym przeciwko niemu postępowaniu sądowym. Fiodor Dostojewski pisał: „kto bardziej współczuje zbrodniarzowi, ten często nie jest zdolny współczuć jego ofierze”. Wskazywał na ryzyko przewartościowania winy, gdzie sprawca czynu staje się ofiarą okoliczności. Stąd już niedaleko do pomyłki sądowej. Ażeby temu zapobiec i nie wypłacać rekompensat od Skarbu Państwa w trybie art. 552 k.p.k., warto by rozważyć zatrudnienie w charakterze ławnika różdżkarza, który, jak pisał adw. Jacek Dubois, podpowiadałby sędziom, że świadek „łże jak pies”, albo to, co zeznaje jest „czystą prawdą”.
Podczas procesów stanu wojennego przemówienia obrońców były rarytasem. Tłumy godnych ich erudycji wyznawców malały nie tylko z uwagi na łagodzenie represji karnych, ale z powstawaniem kancelarii na miarę Nowego Yorku czy Londynu, gdzie w pamięci słuchacza pozostaje nazwa, a nie obrońca reprezentujący oskarżonego. Anonimowość wychodzi poza mury sądów, a niejednokrotnie media ferują wyroki zanim sąd zacznie procedować.
Prawo nie może istnieć ani bez tradycji, ani bez anegdot. Tym, którzy wierzą w idealną sprawiedliwość, na pocieszenie pozostaje jedynie lektura „Zbrodni i kary” wspomnianego już wcześniej Fiodora Dostojewskiego. Zawiść, przyjaźń i sprawiedliwość – to trzy cechy tak nam dzisiaj nieobce, ale jednak różnie pojmowane. Poczucie pewnej więzi zawodowej między adwokatami pozwala mi wierzyć, że etos adwokacki jest w nas wciąż obecny, a w nagłej trudnej sytuacji gotowi jesteśmy wspomóc kolegę, nie bacząc nieraz na wcześniej zraniony honor.