Kilka dni temu Minister Sprawiedliwości ogłosił szumnie o podwyżkach stawek dla mediatorów. Nie byłoby w tym nic dziwnego, wszak inicjatywa to zacna i ze wszech miar potrzebna, gdyby nie fakt, że w istocie mediacja w Polsce to inicjatywa, jeśli nie martwa, to co najmniej mało praktyczna. Nie od dzisiaj wiadomo, że gdzie dwóch Polaków, tam poglądów pojawia się kilka, a „sąd sądem, a sprawiedliwość musi być po naszej stronie”.
Dajmy na to, takie IGRZYSKA OLIMPIJSKIE. Otóż igrzyska olimpijskie zdarzają się raz na cztery lata. Letnie i zimowe, rzecz jasna. I właśnie te zimowe, w chwili, gdy wystukuję słowa niniejszego felietonu, z laptopem ustawionym na skraju kawiarnianego stolika w rozświetlonej słońcem Sewilli – obrodziły w trzeci już medal dla Polski w narciarskich skokach.
Czas olimpijski to czas pokoju i okazywania sobie, poza areną zmagań sportowych, wsparcia i miłości. Od starożytnej Grecji, poprzez kolejne tysiąclecia, w okresie igrzysk wszyscy wstrzymywali oddech, zawieszali miecze i włócznie, karmiąc pospólstwo emocjami i chlebem. W Rzeczypospolitej Polskiej od Bugu do Odry i od Tatr do Bałtyku nikt oręża nie zawiesił, a kraj to jest permanentnych zmagań olimpijskich. Trwa bezpardonowa wymiana ciosów, która nie oszczędza nikogo, choć zdecydowanie najwięcej energii i wysiłku wkładają w nią politycy.
W slalomie gigancie obietnic wyborczych obóz rządzący na sztandary przywołał hasła obrony granic i czynienia armii wielką, będące spuścizną rządów swoich poprzedników. A ci, którzy z takim zacięciem i upodobaniem za nic mieli ustalony porządek prawny, na sztandarach wypisali hasła obrony Konstytucji, przed zakusami jej łamania przez dotychczasowych jej obrońców. A to już w zasadzie slalom równoległy.
Oczywiście walka rozgrywa się też na innych politycznych sportowych arenach, a jej temperatury nie zmienia w najmniejszym stopniu to, że laur zwycięski na skroni wygranym założony zostanie najwcześniej po kolejnych wyborach parlamentarnych. Perspektywa, wydawałoby się, jest to nader odległa, o ile oczywiście polityczny chochlik inaczej nie rozda kart wyborczego kalendarza.
Na ironię zakrawa coś innego, otóż wszyscy startujący zawodnicy mają też świadomość, że niczym Steven Bradbury podczas Igrzysk Olimpijskich w Salt Lake City, prawdziwym wygranym może być czający się w ostatnim szeregu Grzegorz Braun.
* * *
Olimpiada to nie tylko zmagania na sportowych arenach, lecz przede wszystkim dbałość o doskonałe przygotowanie logistyczne i wyprzedzanie ruchów przeciwnika. Stratedzy każdego politycznego obozu tak o spojrzeniu bystrym i przenikliwym, jak i ci, o horyzontach godnych Homera, układają dalekosiężne plany. Na lodowej tafli curlingowego stadionu wytyczają się plany gier wojenny. Całe drużyny naradzają się, analizując, którego z graczy zepchnąć dalej od centrum, jak ustawić kamień, aby zablokować dalsze ruchy przeciwnika. Ależ nie tylko, bo jakże pięknie wygląda polerowanie lodowej przestrzeni, aby ogrzać ciepłe posadki dla swoich stronników. Od kancelarii Prezydenta poprzez kancelarie marszałków sejmu i senatu, po spółki skarbu państwa i komunalne – trwa budowanie pozycji stronników, ustawianie blokad, punktów oparcia i – creme de la creme tej gry – wybijania przeciwników z pola gry. A przestrzeń do snucia nowych układów politycznych koalicji lub choćby krótkotrwałych związków jest bardzo dużo, bo właśnie w tej chwili w gruzy obraca się projekt Polski 2050. Jeśli barwy Rzeczypospolitej reprezentować godnie i bronić może Rosjanin z niespełna trzyletnim stażem pobytu w naszym kraju, to czemuż barw klubowych nie ma zmieniać poseł ze stażem ledwie o połowę krótszym.
Można by uznać, że polityczne igrzyska to widowisko jak każde inne. Czy to kraj jabłkiem i bzem pachnący, czy pachnący wiśnią, w każdym systemie politycznym trwa budowanie stref wpływów i zwalczanie (przekupywanie) politycznych przeciwników. Ale igrzyska w wydaniu polskim rządzą się prawami diametralnie różnymi. Wiadomo, że żadna sportowa impreza, a tym bardziej ukoronowanie sportowych zmagań takich właśnie jak igrzyska nie mogą obejść się bez sędziów. Strażników przestrzegania zasad, mierników osiągnięć i gwarantów tego, że reguły są równe dla wszystkich. W tej wszakże mierze kraj nasz dawno wyprzedził zdecydowaną resztę świata, a (niektórzy) sędziowie dawno wyszli z roli bezstronnych arbitrów dając się czynnie obsadzać na tafli politycznych zmagań. I nie mam tu bynajmniej na myśli ministra sprawiedliwości, który we właściwym momencie przekroczył Rubikon politycznego zaangażowania, zrzucając skrywającą pozory bezstronności ideologicznej sędziowską togę. Niestety wiele takich tóg okrywa torsy utajonych sędziowskich superbohaterów, gotowych w każdej chwili przyłączyć się do politycznej walki. Zdecydowanie liczniejsze wydają się być zastępy piewców przywracania praworządności zdeptanej. Coraz częściej wychylają wzrok ponad gogle, odpychają się kijkami, aby w szaleńczym zjeździe mijać kolejne bramki krzycząc, krzycząc o tym, kto i jak bardzo nie jest sędzią, i jak bardzo nie są ich orzeczenia wyrokami. Lecz to, że żaden z nich wyroku tak odsądzanego od wiary i czci w swojej własnej sprawie neo-sędziego nie negował, to już li tylko lokalna specyfika. Nikt przecież jak prawnicy nie potrafi lepiej i bardziej wybiórczo dobierać fakty w imię lepszego uzasadnienia własnych, nawet najbardziej szalonych, koncepcji. Czym zatem ma gorszy być w tym dziele (nie)przeciętny sędzia, którego w obliczu faktycznej erozji sądownictwa dyscyplinarnego przed ferowaniem zdań i poglądów broni jedynie wewnętrzna przyzwoitość i rozmiar kartki papieru.
Zdecydowanie mniej liczne wydają się czające po drugiej stronie zastępy pretorian poprzedniego systemu, gotowych bronić praworządności poprzednio naprawionej. Niech jednak nie zwiedzie Cię Czytelniku ich niewielka liczba. Oj nie, mają morale silne i duże doświadczenie w bojach. Zahartowani w hejterskich zagonach, ogrzani politycznymi koneksjami pamiętającymi poprzedniego ministra sprawiedliwości czekają na swoją chwilę. No i z nadzieją spoglądają w kierunku Budapesztu, marząc o powrocie swoich popleczników. A pozostali sędziowie…? Niektórzy wytrwale bronią swojej niezależności, inni koniunkturalnie dają się unosić politycznym falom. Mam wszakże nieodparte wrażenie, że coraz większa ich część, poznawszy brutalne zasady gry, do której (niektórzy) dali się zaangażować – wracają na z góry upatrzone pozycje orzecznicze. Bez nadziei na realne zmiany już nawet nie tyle polityczne, co statystyczne – wyrażona choćby w gwałtownie zwiększającej się liczbie spraw do rozpoznania.
* * *
Hokej to niewątpliwie jedna z bardziej dynamicznych zimowych dyscyplin. Chciałoby się rzec, najbardziej męska, chociaż nie można odmówić, że kobiety coraz lepiej radzą sobie na lodowisku. W pan-polskiej olimpiadzie zwarły się dwa obozy supersamców. Jeden wprawdzie zdecydowanie lepiej odnalazłby się na bokserskim ringu, ale nawet na tle śnieżnych scenerii bluza z napisem NowROCKY opięta na szerokiej klacie może wzbudzać respekt. A co ważne, przecież i na lodowisku można wykorzystać umiejętności zdobyte w szlachetnych zwarciach kiboli.

Drugi z samców alfa posturą się nie wyróżnia, wiek też już raczej z gatunku starć seniorów. Nikt lepiej i z większą gracją nie potrafi posuwać się na politycznej tafli, mijać przeciwników, zmieniać sojusze, cynicznie wypierać się wygłaszanych wcześniej poglądów. Kto w politycznych powijakach potrafił z uśmiechem zadać cios w plecy dawnych przyjaciół, nie zawaha się zmierzyć z każdym przeciwnikiem. A walka toczy się o stawkę ogromną, i to ogromną dla tego drugiego. Jest nią polityczny niebyt – przegrana w tej walce oznacza ostateczny rozbrat z polityką. Nie może dziwić zaciętość spotkania, dynamika akcji i wreszcie poziom zacietrzewienia uczestników gotowych wbijać ciosy w autorytet adwersarza przy każdej sposobności. Nawet i mnie zdziwiło jednak, kiedy batalia przeniosła się na parkiet Biura Bezpieczeństwa Narodowego. Najpierw w świetle reflektorów przybierając postać subtelnego obrzucania błotem przybocznych, stojących obok naszych bohaterów, by dłuższą chwilę później skryć się w otchłani tajności obrad, kontrolowanymi przeciekami podsycając atmosferę wojennego napięcia zwaśnionych obozów.
* * *
Na szczęście w Sewilli nie słychać zbyt głośno alarmów. Internet można filtrować choćby strumykiem czerwonej Rioji, subtelnie pieszczącej kubeczki smakowe i uodparniającej układ nerwowy. Z dystansem mierzonym nie tylko odległością od kraju na świat patrzy się inaczej. Z nadzieją na to, że węzeł gordyjski polskiej polityki rozsupłać można, nie uciekając się do gwałtownych ciosów mieczem, tnących tak linę, jak i jeszcze mocniej dzielonych społeczeństwo.
I wiem już, że jednego jestem pewien. Nie chcę już krzyczeć na całe gardło KONSTYTUCJA. Ten drugi przecież odkrzyknie to samo, z być może większym zaangażowaniem. A jeśli ów krzyk – bez choć cienia wzajemnego zrozumienia – nie ustanie, być może będzie jak kiedyś rzekł wskazał towarzysz Josif Wissarionowicz.
Na cmentarzu będzie jedyne miejsce na POJEDNANIE.