Kilka miesięcy temu uczestniczyłem w jednej z tzw. „gorących” rozpraw. Emocje i nerwy udzieliły się nie tylko stronom, lecz także przewodniczącemu składu. Po zakończeniu posiedzenia zawodowy pełnomocnik drugiej strony, wyraźnie wzburzony, wybiegł z sądu razem ze swoim klientem, nie reagując na moje pożegnanie. Mój mandant spojrzał na mnie wymownie, a mi przemknęła myśl, czy nie oczekuje ode mnie podobnego, emocjonalnego zaangażowania w sprawę. A może nawet – empatycznego podejścia do sprawy.
Niemal na każdym kroku słyszymy, że prawnik powinien być empatyczny. Tylko co to w gruncie rzeczy oznacza? Całkiem niedawno – w 170. numerze „In Gremio” – autorki artykułu pisały, że „empatia, czyli umiejętność wczuwania się w sytuację i uczucia drugiej osoby, stanowi kluczowy element praktyki prawniczej”. W materiałach promocyjnych i informacyjnych samorządów adwokatów czy radców prawnych podobne sformułowania powracają jak refren. Klient ma czuć, że trafił do kogoś, kto jest empatyczny. Dochodzi do tego galopujący rozwój współczesnych technologii i wynikająca z niego konieczność natychmiastowego kontaktu, które sprawiają, że klienci coraz częściej oczekują od prawnika nie tylko konkretnej porady prawnej, lecz także stałej dostępności oraz wsparcia o charakterze quasi-psychologicznym. Zbliżone oczekiwania formułuje się zresztą również wobec innych profesji zaufania publicznego – sędziów czy lekarzy.
U ich podstaw leży silne, współczesne kulturowo-społeczne przekonanie, wyraziście opisane przez psychologa Simona Baron-Cohena w książce Teoria zła. O empatii i genezie okrucieństwa, że deficyt empatii jest jednym z mechanizmów umożliwiających okrucieństwo i dehumanizację. Mówiąc najprościej: zło bywa tam definiowane jako brak empatii.

Skąd zatem tytuł felietonu – dla niektórych czytelników zapewne brzmiący niemal obrazoburczo? Zaczerpnąłem go z głośnej książki Paula Blooma Przeciw empatii. Argumenty za racjonalnym współczuciem. Autor z przekorą, ale i wyjątkową przenikliwością, stawia prowokacyjną tezę. Empatia rozumiana jako „współodczuwanie” cudzego bólu działa jak reflektor – oświetla jedną twarz tuż przed nami, a resztę świata zostawia w ciemności. W efekcie sprzyja stronniczości, emocjonalnym uproszczeniom i impulsywności, a bywa że także niesprawiedliwym decyzjom.
Paul Bloom nie nawołuje do obojętności. Przeciwnie, proponuje zastąpić empatię emocjonalną tym, co nazywa racjonalnym współczuciem, czyli troską połączoną z namysłem, wrażliwością poddaną dyscyplinie rozsądku. Współczuciu powinien towarzyszyć rozum: to on pozwala pomagać mądrzej i skuteczniej, nie ulegając dyktatowi najsilniejszych emocji. Źle rozumiana empatia jest więc słabym kompasem moralnym i może przynieść więcej szkody niż pożytku. Nie powinna być przesłanką decyzji moralnych ani społeczno-politycznych – zwłaszcza tam, gdzie stawką jest bezstronność i sprawiedliwe ważenie racji. Najprościej rzecz ujmując: to, że ludziom na czymś bardzo zależy, że są emocjonalnie poruszeni, nie wiąże się automatycznie z tym, że czynią dobrze.
Powyższe, w moim głębokim przekonaniu, sprawia, że zarówno tezy zawarte w książce Paula Blooma, jak i ich praktyczne konsekwencje, warte są omówienia na niniejszych łamach. Uwagi autora – jak mało które – wyjątkowo trafnie przystają do realiów zawodu prawnika. Czy zatem, w świetle jego poglądów, adwokat lub radca prawny, a także sędzia i lekarz, powinni być empatyczni? A jeśli tak, to jak mamy to rozumieć?
Najlepszym chyba dowodem na to, że empatia emocjonalna,o które pisze Paul Bloom, może przeszkadzać w pracy prawnika, jest swoisty paradoks. Otóż, klient najbardziej potrzebuje adwokata właśnie wtedy, kiedy sam nie jest w stanie być rozsądny. Do prawnika przychodzi się zwykle w stanie emocjonalnego wzburzenia. Po wypadku, po zdradzie, po wezwaniu na policję, po decyzji o rozwodzie, po zarzutach, które wywracają życie do góry nogami. I wtedy empatyczny adwokat – często mimowolnie – wchodzi w emocjonalny świat klienta. Oburza się razem z nim, boi się razem z nim, nienawidzi razem z nim. Empatia zaczyna działać jak, sięgając po porównanie Paula Booma, reflektor. Oświetla jedynie dramat, krzywdę czy niesprawiedliwość. A stąd już bardzo blisko do pomylenia tego światła z racjonalnym oglądem danej sprawy. Prawnik nie jest od tego, żeby odczuwać za klienta. Jest od tego, żeby myśleć za niego, kiedy on nie może.
Bardzo często empatia bywa wręcz paliwem prawniczej batalii. W sprawach rodzinnych – nakręca odwet. W karnych – rozgrzewa moralne oceny. W gospodarczych – zamienia chłodny konflikt interesów w osobistą krucjatę. Wystarczy, że adwokat „poczuje” krzywdę swojego klienta, a w tle pojawia się pokusa: nie tylko wygrać, ale ukarać. Nie tylko zabezpieczyć interes, ale upokorzyć drugą stronę. I wtedy zaczyna się, znana wszystkim prawnikom, klasyczna spirala. Ostrzejszy ton wymaga ostrzejszej odpowiedzi. Generuje to wyższe koszty, a w konsekwencji większą frustrację wszystkich stron sporu. A potem jeszcze bardziej konfrontacyjne pisma i wypowiedzi. Empatia, która miała pomagać, kończy jako narzędzie eskalacji. Spada zaś gotowość do kompromisu, nawet gdy jest obiektywnie korzystny.
Zapewne łatwiej zaangażować się w sprawy o dramatycznym, emocjonującym przebiegu, niż w te „nudne”, czasem prawnie ważniejsze. Każda sprawa wymaga jednak rzetelnej pracy i należytego zaangażowania. Przy daleko idącej empatii istnieje również ryzyko obiecywania więcej niż da się osiągnąć. „Zrobię wszystko dla klienta”, zamiast „wszystko, ale w granicach prawa”. A potem – nie daj Boże – wszczynane są postępowania dyscyplinarne. I nie tylko.
Empatia przeszkadza również dlatego, że jest wybiórcza. Lubimy myśleć o sobie jako o osobach sprawiedliwych, tymczasem empatia nie kieruje się sprawiedliwością, tylko sympatią. Jednemu klientowi uwierzymy, bo mówi składnie, patrzy w oczy i ma poczciwy wyraz twarzy. Innemu nie, ponieważ używa wulgaryzmów, jest oschły albo wygląda na aroganckiego. Empatia jest jak gust, ma po prostu swoje ulubione typy ludzi. A adwokat, jeżeli ma być profesjonalny, nie może sobie pozwolić na tego rodzaju subiektywne spojrzenie.
Do tego dochodzi czynnik czysto ludzki. Empatia wypala. Kto dzień po dniu obcuje z przemocą, zdradą, śmiercią, wypadkami, długami, oszustwami, chorobami, musi nauczyć się dystansu. W przeciwnym wypadku zacznie płacić własnym zdrowiem. Adwokat, który współodczuwa każdą historię, szybko staje się adwokatem zmęczonym, cynicznym, drażliwym albo nieobecnym. I nie ma w tym winy charakteru, tak działają emocje. Nie da się długofalowo prowadzić cudzych dramatów jak swoich.
A zatem, empatia rozumiana jako automatyczne „współodczuwanie” emocji klienta, jego bólu, gniewu, lęku czy upokorzenia, w pracy adwokata czy radcy prawnego jest mieczem obosiecznym. Może ułatwiać nawiązanie kontaktu i uchwycenie sensu doświadczeń klienta, ale równie łatwo wciąga prawnika w narrację emocjonalną, która zniekształca ocenę faktów, a w konsekwencji dobór właściwej strategii.
Jednocześnie zdolność rozumienia, jak druga strona postrzega fakty, ryzyka czy motywacje, jest dla prawnika kluczowa. Bezcenne są też umiejętności przewidywania reakcji, zadawania trafnych pytań oraz wychwytywania niespójności. Prawnik powinien umieć wysłuchać, a potem oddzielić emocje od faktów. Ma rozumieć, dlaczego klient chce „wojny” i potrafić wytłumaczyć mu, kiedy jej wszczynanie działa przeciwko jego własnym interesom. Wreszcie, powinien przełożyć prawną rzeczywistość na język decyzji w sposób jasny, konkretny i odpowiedzialny.
Powyższe rozważania dotyczą zawodu adwokata czy radcy prawnego, ale zachowują swoją aktualność również w przypadku sędziego i lekarza. Sędzia powinien umieć rozumieć i pokazać, że rozumie perspektywę stron oraz świadków, a zarazem zachować profesjonalny dystans. Chodzi przecież o sprawiedliwy wyrok oparty na obiektywnych dowodach i prawie, a nie na współodczuwaniu emocji. Podobnie lekarz nie powinien całkowicie zanurzać się w cudzym cierpieniu, ponieważ sprzyja to błędnym ocenom.
Ale wróćmy na koniec do sprawy opisanej na początku felietonu. Zbliża się kolejny termin rozprawy i zaczynam się niepokoić, czy po ostatnim posiedzeniu mój klient nie odniósł wrażenia, że pełnomocnik drugiej strony jest bardziej zaangażowany w sprawę. Zwłaszcza, że żona klienta podczas ostatniego spotkania w kancelarii wspominała coś o emocjonalnym zaangażowaniu w sprawę.
Może więc powinienem przemyśleć strategię na nowo? Już wiem. Napiszę jeszcze jedno pismo, chyba już dwunaste, ale koniecznie na krótko przed rozprawą. Niech mecenas drugiej strony nie myśli, że zostawiamy mu pole. A na sali rozpraw? Tym razem ja też nie podam ręki ani nie pożegnam się przed i po posiedzeniu. Niech klient zobaczy moje empatyczne zaangażowanie…