Relatywizm rzetelności mówcy nie tylko sądowego

Podstawowym obowiązkiem każdego adwokata jest udzielanie pomocy prawnej osobom tego oczekującym. W starożytnym Rzymie „advocati”, jak pamiętamy, byli przede wszystkim przyjaciółmi wzywanymi w razie niebezpieczeństwa. Zmieniały się tytuły, ale zawsze była to osoba posiadająca praktyczną znajomość przepisów dotyczących obywateli rzymskich i cudzoziemców, a także dar wymowy. To najogólniejsza geneza zawodu adwokata. 

Orator to człowiek prawy, biegły w mówieniu
Katon Starszy (III-II wiek p.n.e.)

Pojęcia „wymowa”, a w szczególności „wymowa sądowa” traktowane są jako synonim słowa „mowa”, a nawet „przemówienie”. Kwestie wyprowadzają nas z samotności i wiodą ku społeczności. Starożytni twierdzili, że każde publiczne wystąpienie, niezależnie od treści, powinno spełniać trzy zadania: uczyć, przekonywać i skłaniać do działania. 

Wymowa sądowa jest poddana stosunkowo ścisłemu reżimowi. Mówca w czasie rozprawy zabiera bowiem głos w określonym momencie toczącego się procesu, korzystając przy tym, co istotne, z wolności słowa. 

Nasza profesja to zawód podwyższonego ryzyka. Kunszt retoryczny może być wykorzystywany w służbie słowa dla dobra lub zła, względnie wykazania prawdy bądź fałszu. Co prawda, włoski filozof i pisarz Umberto Eco w zbiorze krótkich felietonów, które ukazały się pod koniec lat osiemdziesiątych w mediolańskim „L’ Espresso”, a zatytułowanych „Zapiski na pudełku od zapałek”, stwierdził: „wystarczy mówić prawdę, oczywiście są różne prawdy.” Rosyjski dramaturg Mikołaj Gogol (pochowany żywcem przy Monastyrze Daniłowskim) w powieści „Martwe dusze” napisał: „bez łgarstwa żadna mowa się nie obejdzie”. Czy w tym paradoksie codzienności nie można obojgu publicystom przyznać racji? Pamiętajmy jednak o starej maksymie, że: „Pół prawdy to jednak całe kłamstwo”. 

Jan Parandowski w erudycyjnym eseju i traktacie o sztuce pisarskiej „Alchemia słowa” stwierdził, że magiczna siła wypowiedzi tkwi w jej zdolności wywoływania obrazów zabarwionych emocjonalnie, aby w ten sposób przekonywać o słuszności naszych twierdzeń. 

W tradycji retorycznej obowiązywał ideał „vir bonus”. Zgodnie z nim wymagano od mówcy takich cech, jak prawość, szlachetność i moralność. Nie zawsze tak się jednak działo. Już w „Gorgiaszu” Platon zauważył, że zwycięstwo retoryki niejednokrotnie polega na tym, że z małych spraw czyni się wielkie, a publicznych nikczemników kreuje na niewinne anioły. To w gruncie rzeczy nic innego, jak stwierdzenie, że mówca nie troszczy się o prawdę, ale o efekt jaki osiągnie swoim wystąpieniem wśród słuchaczy.

Juliusz Słowacki pisał: 

„Chodzi mi o to, aby język giętki
Powiedział wszystko, co pomyśli głowa; 
A czasem był jak piorun jasny prędki, 
a czasem smutny jak pieśń stepowa”

Słowo jest zatem skuteczną bronią, tyle że obosieczną. Można przy jego pomocy obronić człowieka, można też niestety i zabić. 

Francuski adwokat Fernand Payen w książce „O powołaniu adwokatury i sztuce obrończej” trafnie zauważa, że prawdziwym mówcą jest ten, kto posiadł zarazem sztukę opowiadania, odmalowywania faktów, udowadniania swojego stanowiska, ale też umiejętność podobania się czy wzruszenia słuchacza. Wiemy doskonale, że dzisiaj nie istnieje adwokat, który może dobrze i skutecznie przemawiać w sądzie bez uprzedniej gruntownej analizy akt i merytorycznego przygotowania się do czekającej go rozprawy. Improwizacja na sali sądowej to mit lub nonszalancja adwokacka nastawiona na pochwałę jego zdolności oratorskich. 

Pamiętajmy, że nie należy nigdy czytać przygotowanego przemówienia, bowiem będzie ono jakby sztuczne i plastikowe. Zwracamy na to uwagę jako jurorzy konkursów krasomówczych. Efekt żaden, bowiem od lat powtarza się ten sam błąd. A przecież słuchający takiego „referatu” lub, mówiąc bardziej elegancko, „występu przed audytorium” nie myślimy o tym, o czym mówi prelegent składający sprawozdanie, tylko patrząc na jego ręce liczymy, ile jeszcze kartek pozostało do odczytania. Zastanawiamy się, czy jest to „krasomówstwo” czy też „konkretomówstwo” zaprogramowane na występ przed słuchającym go gremium. Jeżeli do tego dodamy jeszcze „erystyczne fajerwerki” czy próbę wspięcia się na „Himalaje elokwencji”, to stwarza się sztuczną barierę, przez którą trudno się słuchaczowi przebić. 

Skoro niedopuszczalne powinno być czytanie przygotowanego wystąpienia, to również niewłaściwa może okazać się recytacja uprzednio opracowanego i wyuczonego tekstu. Trzeba jasno powiedzieć, że sala sądowa nie nadaje się na deklamacje. Deklamacja jest bowiem dobra wyłącznie na ekspresyjne wypowiadanie tekstu religijnego odnoszącego się do ustnego powtarzania lub śpiewania fraz modlitw czy hymnów, które są częścią danego systemu wierzeń. 

Jako wieloletni praktycy wiemy doskonale, że rzeczą najważniejszą w komunikacji z sądem jest utrzymanie styczności nie tylko wzrokowej, ale także werbalnej ze wszystkimi słuchaczami. Jedną z ważnych zasad przynależnych adwokackiej profesji jest zatem odpowiedzialność za końcowe merytoryczne wystąpienie na rozprawie. Oczekują na nie sąd, oskarżony, a także rzecznik oskarżenia. 

Nie posługujmy się więc substytutami, którzy mimo zawodowego doświadczenia nie zawsze mogą do końca opanować materiał dowodowy i poznać emocjonalne zachowanie świadków czy biegłych w toku procesu. W czasach zaboru rosyjskiego, głośno było w Warszawie o mecenasie Franciszku Nowodworskim. Wielką szansą wówczas dla młodego prawnika było dostanie się do grona palestry. Polska adwokatura nie poddała się rusyfikacji i w latach 1876-1913 rosła lista obrońców. Mecenas Nowodworski bronił przed Sądem Carskim w Piotrkowi Trybunalskim w 1913 roku członka nielegalnego Narodowego Związku Robotniczego. Niespodziewana choroba wykluczyła go praktycznie z udziału w ostatnim, najważniejszym dniu procesu. Nowodworski nie zostawił jednak swojego klienta bez obrony. Na jego kategoryczne żądanie zaniesiono go do siedziby sądu na noszach. Przemawiał klęcząc na ławie obrończej, a przed końcem zemdlał. Gdy odzyskał przytomność w szpitalu jego pierwsze pytanie brzmiało: „jaki wyrok?”. Dowiedział się o uniewinnieniu. Wszyscy uczestnicy tego procesu zgodnie stwierdzili, że ta dramatyczna obrona była ważnym czynnikiem, który zdecydował o treści orzeczenia. 

Statut Tymczasowy Palestry Państwa Polskiego spowodował, że adwokatura otrzymała własną, w pełni niezawisłą władzę samorządową. Adwokaci byli wówczas widoczni nie tylko we wszystkich dziedzinach życia publicznego, ale przede wszystkim na salach sądowych. Szczególne miejsce należy się tutaj Stanisławowi Szurlejowi, o którym mówiono „złotousty”. Umiał utrzymać w napięciu uwagę sali, rozwijając argumenty oparte na starannej analizie materiału dowodowego. Momentami rzucał jakby od niechcenia dowcipem lub cytatem doskonale dobranym do tematyki rozprawy, co uwalniało słuchaczy od znużenia. W przemówieniu przechodził od forte do piano, potem znów sięgał do wyżyn nastroju, wzruszając i prowadząc audytorium śladami swoich myśli, dowodzeń i wniosków. 

Do historii przeszło jego przemówienie w procesie brzeskim, gdzie bronił Wincentego Witosa. Dominowała rzeczowość. Kończąc swoją mowę obrończą użył takiego sformułowania: „Wysoki sądzie, my, adwokaci, nie jesteśmy na tej sali obrońcami. Obrońcy siedzą na ławie oskarżonych. Jednym z nich jest Wincenty Witos. Oni wszyscy to obrońcy praworządności i demokracji w tym kraju, a my, adwokaci pełnimy jedynie tylko wartę honorową przy nich”.

W tym dostojnym gronie mówców w pokazowym politycznym procesie II Rzeczypospolitej najmłodszym był Zbigniew Stypułkowski. Doskonały obrońca w sprawach karnych, znany z dużych zdolności oratorskich. Wiosną 1945 roku Polacy wiedzieli już, że mocarstwa zachodnie wraz ze Stalinem dokonały podziału Europy. Dla naszego kraju Generalissimus przygotował odpowiedni skład rządu, który miał wykonywać wszystkie sowieckie polecenia i odczytywać bezbłędnie wszystkie myśli wodza światowego proletariatu. Przeszkodą w realizacji tego planu były jednak tajne struktury Państwa Polskiego podległe Rządowi RP na uchodźstwie. Stalin, by usunąć tę przeszkodę, „wymyślił” spotkanie polskiej delegacji z przygotowanym do negocjacji Rządem Londyńskim. Samolot zamiast lądować w Londynie pojawił się na lotnisku w okolicach Iwanowa. Pasażerów dowieziono do Moskwy pociągiem. Zostali osadzeni w więzieniu na Łubiance, gdzie zaczęło się śledztwo metodami wypróbowanymi przez NKWD. Mecenas Zbigniew Stypułkowski, członek tej delegacji, przesłuchiwany był około 140 razy w dzień i 70 razy w nocy. Nie dał się jednak złamać, nie przyznał się do winy. Był jednym z oskarżonych w tzw. „Procesie Szesnastu”. Oświadczył przed sądem: „Po sześciu latach przerwy wywołanej najazdem germańskim otwieram na nowo kancelarię adwokacką. Zaczynam od obrony we własnej sprawie, a to jest zawsze sprawą bardzo trudną. Wnoszę o uniewinnienie mnie. Gdyby było inaczej, stałbym się niewolnikiem Sowieckiej potęgi. Straciłbym warunki do godnego reprezentowania mojej Ojczyzny.” Po czterech miesiącach aresztowania powrócił do Polski. Zagrożony ponownym zatrzymaniem opuścił kraj w konwoju UNRRA z pomocą oficerów gen. Stanisława Maczka.

Jako wieloletni adwokat wiem i pamiętam, jak niezwykle ważna jest w postępowaniu sądowym osobowość mówcy. Z punktu widzenia psychologicznego czy socjologicznego definicje encyklopedyczne są pełne desygnatów tego sformułowania. Do mnie osobiście przemawia najbardziej wykładnia filozofa ks. prof. Józefa Tischnera. Podkreślał on, że „człowiek jest w stadium ciągłego stawania się nim”. Chodziło mu generalnie o to, ażeby człowiek z osoby przekształcał się w osobowość. Miał tu na myśli pełen rozkwit władz duchowych i cielesnych. Konkludował: „im bardziej człowiek jest osobowością, tym bardziej jest człowiekiem”. Jakież to oczywiste. 

Nie ma uznania przesłania przemawiania ani też słusznej argumentacji bez umiejętności wysłuchania mówcy. Rodzi się zatem pytanie: czy dzisiaj jeszcze potrafimy słuchać. Słuchać, to znaczy w skupieniu próbować zrozumieć osobę przekazującą słowami swoją rozpoznawalną, otaczającą ją rzeczywistość. Może to nieco doktrynalne spojrzenia, ale jakże trafne. „Słyszeć” nie jest równoznaczne ze słowem „słuchanie”, które jest czynnością aktywną.

Każde dobre wystąpienie niezależnie od formy czy grupy odbiorców powinno mieć wstęp, dwa punkty zwrotne, między nimi rozwinięcie i oczywiście zakończenie. Tak też budowany jest scenariusz filmowy. Z nabraniem doświadczenia zawodowego młodzi adwokaci dochodzą do wniosku, że aby przekonać słuchacza do swoich racji w konkretnym miejscu i czasie należy zamienić formę z pełnej prawdy i życzliwości na przekonanie co do skuteczności. Argumentacja jest bowiem zupełnie inna przed kamerą, mikrofonem, w rozmowie z klientem, prowadząc negocjacje czy wystąpieniem strony w procesach karnym, cywilnym bądź gospodarczym. Inna jest także w uzasadnieniu wydanego wyroku przekazywanego przez sędziego. Nie można przy tym, co bardzo ważne, dopuścić do utraty wiarygodności, bo jest to pozbawieniem się autorytetu, tak ważnego w naszej codziennej pracy. Pamiętajmy, że ojciec, który mówi o pewnych prawdach do syna, a postępuje zupełnie inaczej, traci prestiż. 

Poeta i dyplomata Oskar Miłosz, kuzyn naszego noblisty zaangażowany po I wojnie światowej w sprawę niepodległości Litwy, dał taką mniej więcej definicję twórczości lirycznej: „poezja to ciągła pogoń za rzeczywistością.” Wydaje mi się, jako autorowi tego felietonu, że każda działalność kreatywna jest permanentną pogonią za realizowaną autentycznością. Stąd wystąpienia adwokackie i te na sali sądowej, i te poza nią muszą odnosić się do realiów, a nie być „demagogią”, jak to ostatnio często obserwujemy. 

Jest krótki wiersz Zbigniewa Herberta noszący tytuł „Kołatka” przeciwstawiający bujną wyobraźnię („w głowie hodują ogrody”) ascetycznej rzemieślniczej pracy twórczej („kawałek deski”) i prostych moralnych wyborów. Sztuka przemawiania musi dążyć do maksymalnej lapidarności. Określa to nasz szacunek dla słuchacza. To także executive summary zwłaszcza dla sądu, gdy dostrzegamy jego zmęczenie. 

Najtrwalej w naszej pamięci zapisują się niechlubnie mówcy, nieczęsto politycy i prawnicy, których osobowość była lub jest przepojona pogardą do odbiorcy. To wspaniali manipulatorzy, którzy doskonale wpasowywaliby się w czasy totalitaryzmu. W tych jednak najczarniejszych okresach polskiej historii pojawiali się adwokaci potrafiący rozważnie i w sposób odpowiedzialny konstruować przyjętą argumentację. Te wystąpienia gdzieś się dzisiaj rozpłynęły. 

Wspomnieć tutaj by należało mecenasa Stanisława Hejmowskiego i jego sprawowane obrony w czasie „poznańskiego czerwca”. Przemawiał tak, że „jego głos przenikał przez mury sal rozpraw, docierając od opinii publicznej nie tylko polskiej, ale także światowej”. Przywoływał cod penal Napoleona, argumentując, że „za przestępstwa zbiorowe nikt nie powinien ponosić odpowiedzialności”, czy też mówiąc o zamiarach kontrrewolucyjnych pytał: „czy Urząd Bezpieczeństwa był jedną z naszych rewolucyjnych zdobyczy?”. 

Pamiętajmy, że każdy obrońca czy pełnomocnik ma swój własny styl pracy. Richard Harris w swojej książce „Sztuka obrończa” stwierdził: „każdy prawdziwy adwokat ma swoje własne maniery, swoją własną indywidualność, które to cechy utraciłyby swój urok, gdyby je usiłowano przelać na innego prawnika”. Dzisiaj weszliśmy w okres, gdy nie przestrzega się zbyt rygorystycznie zespołowych reguł gry, gdy reklama jednego z operatorów sieci telefonicznej brzmi „miła rzecz pogadać”. W istocie każdy mówca powinien mieć zachowaną ważną cechę osobowości przyzwoitość. Aby przemówienie było przekonywające, musi mieścić się w szerokim pojęciu filozofii dialogu, mającej w sobie respektowanie godności człowieka, do którego się zwracamy z prośbą o wysłuchanie. 

Na zakończenie zacytuję Michaela de Montaigne, francuskiego pisarza okresu renesansu, który napisał: „Każdy z nas mówi głupstwa. Nieznośne są jednak tylko te, które są uroczyście wygłaszane”. 

I dlatego nie starajmy się poszukiwać takich słów, by móc z durniami mówić o mądrości. Stare żydowskie przysłowie mówi bowiem: „Ptaka wypuszczonego z klatki da się powtórnie złapać. Słowa wypuszczonego z ust – już nigdy”.

O autorze

Andrzej Zajda

adwokat, kierownik szkolenia aplikantów Szczecińskiej
Izby Adwokackiej

W działach: In Gremio 183

Przewijanie do góry