Jak fałszerstwo stało się sztuką samą w sobie

Anatole France – francuski poeta i powieściopisarz, laureat Nagrody Nobla w dziedzinie literatury w 1921 roku wyraził myśl, która jest często tłumaczona i spopularyzowana na całym świecie. Brzmi ona: „Talent to tylko wielka cierpliwość”. Nawiązał w niej do powiedzenia filozofa i przyrodnika, także francuza Georges’a Leclerca de Buffona brzmiącego: „Geniusz to nic innego jak długa cierpliwość”. 

Pieniądze nie czynią człowieka szczęśliwym,
ale niezwykle uspakajają

Erich Maria Remarque, Trzej Towarzysze

W tym numerze „In Gremio” przybliżę Państwu sylwetki dwóch osób, których talent nie doprowadził do zajęcia należnego im miejsca w panteonie wiedzy ludzkiej, ale osadził na ławie oskarżonych przed sądami w ostatnich latach. 

Genialnego polskiego fałszerza zwanego „Królem” lub „Matejką z Monte” nikt nie był w stanie przekupić, bo pieniądze robił sobie sam. Ten przedstawiciel więziennej arystokracji spędził w zakładach karnych całej Polski ponad czterdzieści lat. Na wolność wyszedł w 2019 roku i od tego czasu maluje. Tym razem nie banknoty, ale obrazy. O ile nadal żyje ma obecnie 81 lat. Szarmancki i miły w obcowaniu, urodzony w rodzinie alkoholików – Zdzisław Nęcka. 

W swoim zawodowym życiu współpracował ze znanym muzealnikiem profesorem Krzysztofem Racinowskim, polskimi grafikami, liternikami, projektantami plakatów i znaczków pocztowych. W 1971 roku otworzył pracowanię szyldów w Zagórzu w Województwie Podkarpackim. 

W udzielonym przed laty wywiadzie prasowym stwierdził: „moją domeną zawsze był dola r. Tutaj doszedłem do perfekcji. Urodziłem się fałszerzem i fałszerzem umrę, chociaż miałem w życiu sporo malarskich wystaw i otrzymałem kilka prestiżowych nagród. Wygrałem także konkurs na namalowanie aniołów w pomieszczeniach Watykańskich.”

Pieniądze zaczął fałszować po ucieczce z domu dziecka, mając niespełna 18 lat. Ówczesna dziewczyna przekonywała go: „Zdzisiu, nie mamy pieniędzy, a ty masz niepowtarzalny talent do malowania”. Witajcie zatem, mili Czytelnicy, w świecie recydywisty, fałszerza, artysty i eksperta Narodowego Banku Polskiego. 

W szkole podstawowej mieszczącej się niedaleko krakowskich Plantów jedyną osobą, która okazywała mu serce i zrozumienie była „Mimoza” nauczycielka biologii. Dostrzegła jego umiejętność rysowania. Poprosiła o „coś przyrodniczego”, bo wszędzie wisiał tylko Bierut albo Skłodowska. Mały, chudy, blondynek z podbitym często okiem przez matkę, ale z wielkimi planami malarskimi na przyszłość.

„Monte” to punkt szczególny na mapie polskich zakładów karnych. Areszt na Montelupich, leżący w centrum Krakowa to nie taki zwykły kryminał. Przygnębiające gmaszysko, w którym dokonano ostatniej egzekucji w Polsce 1988 roku. 

W kaplicy poświęconej przez kardynała Franciszka Macharskiego są freski Zdzisława Nęcki. Ale zanim tam trafił był Dom Dziecka w Tarnowie. W tamtejszej szkole był wyśmiewany i nazywany przez rówieśników „podrzutkiem z bidula”. Kiedy opowiadał o swoim dzieciństwie, to znikał uśmiech z jego twarzy zwykle towarzyszący mu przy wspomnieniach. Był przekonany, że krzywdy wieku dziecięcego miały wpływ na całe jego przyszłe życie. 

Wchodząc w etap młodzieńczej dojrzałości i samodzielności odbył „legalną” naukę zawodu u złotnika, gdzie posiadł umiejętność wycyzelowania wyrobów, granulacji, grawerowania i pucowania. Krakowski jubiler traktował go po ojcowsku, dostrzegając jego artystyczne możliwości.

Pierwszy odsiadkowy wyrok otrzymał za kradzież kruszejącego przed świętami zająca z balkonu, jak się później okazało, „szychy” z komitetu partii. Nagrodą dla więźniów za dobre sprawowanie była możliwość oglądania telewizji w świetlicy. Otrzymywało się, opowiadał po latach, „od klawisza taki karteluszek na oglądanie meczu. Dla mnie podrobienie takiego talonu to nie był żaden problem. Świetlica pękała w szwach a funkcjonariusze nie mogli pojąć skąd tyle wydanych talonów”. Po wyjściu z zakładu karnego podrabiał kartki na węgiel, bo był na nie popyt. 

Po obyciu krótkoterminowej kary zarabiał na życie malowaniem obrazków i kart pocztowych. Poszedł nawet na kurs tańca do samego Mariana Wieczystego. Czuł potrzebę bycia wśród ludzi. Jego zaletą było to, że był całkowitym abstynentem.

Za czasów PRL-u państwo miało dewizowy monopol, a cinkciarze prowadzili nielegalny obrót walutami a także bonami dolarowymi. To był początek marzeń o „zrobieniu waluty doskonałej”. 

Na razie ustawiała się kolejka osób potrzebujących zmian w dotychczasowej tożsamości lub uzyskania nowej. Tradycyjną, zieloną książeczkę, zanim doszło do produkcji z wielowarstwowego poliwęglanu, foliowano, aby uchronić ją przed zniszczeniem. Problem stanowiło ściągnięcie zabezpieczenia, nie niszcząc zdjęcia ani druku dla naniesienia poprawek. Fałszerze prześcigali się w pomysłach jak to uczynić. Zadziałał przypadek. Nęcka ze swoją konkubiną przebywali w domu, gdy niespodziewanie pojawiła się policja, szukająca rzeczy skradzionych w pobliskim antykwariacie. Zdążył przygotowywane „lewe dowody” włożyć pomiędzy mięso w zamrażarce. Kiedy rano sięgnął po nie, nie mógł uwierzyć w swoje szczęście. Z zamrożonych dokumentów folia zeszła idealnie. Stał się „królem życia”. Podrabiając dokumenty początkowo posługiwał się matrycą a z biegiem lat komputerowymi wydrukami. Pod koniec lat osiemdziesiątych najwięcej zamówień otrzymywał na przygotowanie papierów legalizujących przywożone nielegalnie z zagranicy samochody. 

Szczyt popularności sklepów Pewexu przypadł na okres PRL-u. „Podaruj sobie odrobinę luksusu” nawoływały reklamy. Znak graficzny placówki handlowej był jednym z najlepiej rozpoznawalnych. Magia dolara obrastała różnymi opowieściami. Gdy pod koniec swojej wizyty w połowie lat sześćdziesiątych w Polsce Marlene Dietrych opuszczała warszawski Bristol, była tak zadowolona z obsługi, że wysłała swego impresaria z napiwkiem dla personelu. Szef recepcji przeliczał i planował a tu w kopercie dwa dolary. Gwiazda wiedziała, że w Polsce to majątek. 

Nęcka przygotował się, jak mawiał, do „malowanego szmalu” perfekcyjnie. Godzinami przesiadywał w uniwersyteckiej bibliotece, studiując historię dolara i technologię produkcji papieru. Wziął korepetycje z chemii, a emerytowany tokarz pokazał mu na czym polega trawienie metalu. Gdy zebrał praktycznie wszystkie informacje to o dolarze wiedział tyle, co jego twórcy. Rzucił na prawie czterometrowy ekran obraz pięciodolarówki i studiował patrząc na właściwe dla niego liternictwo. Zatrudnił się w drukarni, aby poznać, jak myje się rastry, czyli sita, aby druk z banknotów schodził bez uszkodzenia papieru. Posiadł umiejętność podrabiania także polskich banknotów, które charakteryzowały się tak zwanym przetłokiem, czyli tym, co tłoczy matryca z wyczuwalną palcami częścią lite r. Zatrzymany w mieszkaniu na krakowskim Krowodrzu zdążył jeszcze wrzucić matrycę do kwasu azotowego. Metal uległ strawieniu i zabrakło dowodu rzeczowego. Fałszerz pozostał w domu, jednak nie na długo. Liczne zapadłe wcześniej wyroki skumulowały się w jeden łączny. Przy każdej przepustce tradycyjnie „nie powrót i kolejne kilka miesięcy”. Wysokość kar i ich wielość wpłynęły na decyzję sądu, który nie zachował dla niego wspaniałomyślności, mimo życiowej tragedii i nie udzielił mu warunkowego zwolnienia. Konkubina fałszerza zginęła w wypadku, a ich córka trafiła do domu dziecka. 

Rozpoczęta zimą 1989 roku fala buntów i protestów więźniów żądających złagodzenia rygorów w zakresie odbywania kary pozbawienia wolności, stała się nagłośnionym faktem. Nęckę mającego „poważanie” u osadzonych i niechętnego udziałowi w rozmowach mających załagodzić zaistniałą sytuację przeniesiono do Strzelc Opolskich. Miał właściwą sobie więzienną charyzmę. Bo nawet w takim miejscu, gdzie trafia crème de la crème najgorszych z najgorszych, to ci odrażający, brudni i źli potrafią docenić kto jest „gościem z charakterem”. 

Malujący na potrzeby zakładów karnych buntownik, nie miał nic do powiedzenia, a administracja uzurpowała sobie prawo do dysponowania jego pracami malarskimi. Jego talent doceniano „znikającymi obrazami” po każdej wystawie, które rozpływały się jak we mgle. Trafił nawet w pewnym okresie do zakładu karnego dla kobiet, gdzie były produkowane firanki na eksport. Stał się tam cenionym projektantem wzorów dla zasłon na okna. 

Łącznie prowadzono przeciwko niemu ponad pięćdziesiąt spraw karnych. Przewożono go pomiędzy Raciborzem, Tarnowem, Płockiem czy Wrocławiem. Zwiedził w sumie siedemnaście, a może więcej, zakładów, gdzie odbywał kary. Przemieszczał się ze swoimi wszystkimi pinklami, farbami i obrazami, co stanowiło pokaźny bagaż. Mawiał: „Znali mnie w każdym pierdlu i nawet dokładnie nie spisywali. Jeździłem jak wędrowny malarz.” 

Wspominając pobyty w miejscach odosobnienia przywoływał ciekawe osoby, które spotkał. Czesław Śliwa vel Bell Silberstein podający się za konsula austriackiego mawiał: „Dawałem ludziom fikcję i marzenie o przyszłości a w zamian otrzymywałem pieniądze”. Godnym wspomnienia był też „Ranczer”, cwaniak wyjątkowy, który za komuny organizował loterie, gdzie można było wygrać praktycznie wszystko od balonika po traktor. W zakupie ciągników przez rolników był wyjątkowy deficyt. „Ranczer” zrobił kilkanaście lewych losów i ruszył w Polskę. Zatrzymywał się we wsiach, gdzie w kioskach „Ruchu” te losy były sprzedawane. Siadywał na pobliskim murku i czekał na niedzielnych gości przychodzących tam po kościele. Miejscowi przy piwie kupowali losy i on w pewnym momencie podchodził i mówił głośno: „To ja też chyba kupię.”. Podkładał swój los z wygranym traktorem i pokazywał go kioskarce. Ta potwierdzała z listy ważność losu. On mówił: „po co mi traktor? Wolałbym rower”. Chętnych na jego los było wielu. Na przekrętach zarobił całkiem spory majątek zanim został zatrzymany. 

Zdolności plastyczne Zdzisława Nęcki były doceniane w każdym zakładzie karnym, w którym przebywał. W Krakowskim „Monte” z niedużego obrazka odwzorcował „Ostatnią wieczerzę” z napisami w języku aramejskim. Lubił zakład karny w Wiśniczu, zlokalizowany w dawnym klasztorze Karmelitów Bosych, gdzie spędził 7 lat. Wiedział, że obiekt ten był wotum wdzięczności Stanisława Lubomirskiego za zwycięstwo nad armią turecką pod Chocimiem. Mając krytyczny stosunek do reprezentantów Pana Boga na ziemi, gdy pytano go, dlaczego swoje prace dedykuje Kościołowi, odpowiadał zabawnie: „a czy Caravaggio był pobożnym człowiekiem, gdy tworzył swoje dzieła na potrzebę wspólnot religijnych?” Miał jedną zasadę: nigdy nie fałszował obrazów, tylko je kopiował, zachowując technikę i styl.

Podrabiał pieniądze, dokumenty, złote wyroby ze znakami probierczymi. Przypadkowo na składowisku makulatury ZUS-owskiej odnalazł stare odcinki rent i emerytu r. Wywabił z nich nazwiska i adresy, wpisując nowe, zgodne z fałszywym dowodem i legitymacją emeryta-rencisty. Takie komplety pozwalały zupełnie bezkarnie korzystać z systemu ratalnego. 

Robienie nowych paszportów stało się jego specjalnością. Przygotowywał je w dużych ilościach, szczególnie dla Rosjan. Ciekawe jest wspomnienie naszego fałszerza o osobie Wadima, który pracując w sowieckiej zbrojeniówce sprzedawał chętnym broń. Był za to ściągany przez służby specjalne. Miał brata w Izraelu i poprzez Niemcy zamierzał do niego pojechać, ale z inną tożsamością. Trzy tygodnie po wyjeździe do Niemiec powrócił nagle do Krakowa z prośbą o drugi paszport, tym razem na Rosję. Trafiła się bowiem okazja wywiezienia stamtąd wartościowych, złotych ikon. Obiecał, że jak uda mu się na tym podrobionym dokumencie wrócić, to Nęcka otrzyma jedną z nich. Paszport musiał być faktycznie idealnie spreparowany, skoro nie tylko powrócił, ale zgodnie z umową przekazał mu jedną z ikon za którą po spieniężeniu nasz „Matejko” zakupił sportowy samochód. Jego sądowe życie było bardzo ciekawe. Podczas jednej z rozpraw rzeczoznawca zarzucił mu podrabianie puncy, czyli stalowego stempla do potwierdzenia autentyczności kruszcu, za co groziła surowsza kara. Nęcka zaprzeczył i na oczach sądu ręcznie wykonał próbę na małym kawałku tombaku. Znał ten stop miedzi z cynkiem i wiedział, jak ozłocić lichą biżuterię metodą ogniową. Nie wymyślono bowiem nic lepszego od czasów średniowiecza do dnia dzisiejszego. 

Podrabiał także złote monety Włoskiego Banku Ambrosiano i sprzedawane w Polsce radiomagnetofony Thomson, bazując na podobnych, dużo tańszych z Czechosłowacji. Przerabiał logo producenta elektroniki użytkowej. 

Po raz kolejny, opuszczając zakład karny, postanowił oddać się liternictwu w zakładzie kamieniarskim. Nagła śmierć właściciela pozbawiła go możliwości powrotu do normalności. Wpadł wówczas na doskonały pomysł braku potwierdzenia pożyczanych pieniędzy od lichwiarzy-centusiów. W trakcie spisywania umowy, wykorzystując chwilową nieuwagę pożyczającego przecierał papier cykloheksanem, który powodował zanikanie pisma już po kilku godzinach. Pieniądze otrzymywał „na wieczne nieoddanie”. 

Do podrabiania rodzimej waluty nabył legalnie w hurtowni potrzebny papier, a samą maszynę drukarską wypatrzył w Czechach. Ręcznie nanosił znaki zabezpieczające na każdym banknocie. To była już nowa era dla fałszerza pieniędzy. Poprzedni papier trzeba było nawilżać a nowa technologia drukarek spełniała wszystkie jego oczekiwania. Za banknot stuzłotowy otrzymywał trzydzieści złotych. Proceder trwał do czasu, gdy banki zakupiły czytniki gęstości papieru. Nęcka „został sprzedany” przez człowieka, którego znał i który zamówił u niego czterysta tysięcy „lewizny”. Zamiast odbiorcy – prokurato r. Narodowy Bank Polski – Departament Emisyjno-Skarbcowy zawarł z nim i Prokuraturą bardzo czytelny układ. Nęcka miał rozpoznać w skarbcu które banknoty były jego produkcji. Miał także przygotować takie zabezpieczenie, które będzie na chwilę obecną nie do podrobienia. Odjęto mu za to dużą część wyroku z grożącej odsiadki. 

Podrabiał wszystko od banknotów polskich, obcej waluty, paszportów po świadectwa udziałowe. Wypuścił partię tak dobrych „podróbek dolarów”, że nawet amerykański Secret Services się nimi zainteresował, bo były rzekomo lepsze od tych produkowanych przez wytwórnię papierów wartościowych. Odmówił współpracy, bo nie chciał wyjeżdżać z Polski. 

Fałszerstwo pieniędzy w Europie ma swoją historię. Na duża skalę realizowała ten program „Operacja Bernhard”, będąca kryptonimem tajnego niemieckiego systemu destabilizacji brytyjskiej gospodarki „poprzez wpuszczenie” na rynek bardzo dużych ilości sfałszowanych banknotów o nominałach 5, 10, 20 i 50 funtów. Fałszerze rekrutowali się głównie z więźniów obozu koncentracyjnego w Sachsenhausen i dzięki nadzwyczajnemu zbiegowi okoliczności przeżyli. 

Zdzisław Nęcka, człowiek o wielkim talencie, który nie w pełni go jednak wykorzystał. Zrobił kopię obrazu Claude Moneta „Plaza w Pourville” dla stacji telewizyjnej i dwukrotnie namalował „Bitwę pod Grunwaldem”. Na pytanie „Czy rzeczywiście wszystko można podrobić?”, odpowiadał ze swadą: „Nie ma rzeczy nie do podrobienia, oczywiście oprócz talentu.”

Ciekawy człowiek balansujący na granicy prawa, jak na cienkiej linie rozpiętej pomiędzy przestępstwem a wyrokiem. Swoje obrazy ofiarował Wielkiej Orkiestrze Świątecznej Pomocy. Sprzedane zostały na aukcji w bardzo dobrej cenie. Widocznie jakiś koneser chciał je mieć w swoich zbiorach jako prace sławnego fałszerza. 

Nęcka, genialny alchemik czy pospolity przestępca? Wybitny cwaniak, świetny artysta-samouk czy po prostu cynik, który na co dzień cytował ulubionego pisarza francuskiego Romaina Gary, który powiedział w swojej autobiograficznej powieści Obietnica poranka: „Przeżyłem życie”? Chciał egzystować z malowania obrazów, a wybrał malowanie banknotów.

Niewątpliwie inteligentny, oczytany, z dużą wiedzą o historii sztuki, malarstwa i filozofii posługujący się poprawną polszczyzną.

Spacerując dzisiaj ulicą Floriańską w Krakowie, gdzie wędrowali mistrz pędzla – Jan Matejko i Zdzisław Nęcka „Matejko z Monte” zastanawiamy się ironia czy sarkazm losu? 

A tak już na zakończenie to wspomnę Państwu jeszcze o osobie Ryszarda J (brak zgody na ujawnienie nazwiska – pseudonim „Profesor”) nazywanym polskim Walterem White’em. Ten wybitny kielecki chemik doskonale wykształcony, był jednym z najsłynniejszych producentów narkotyków w Europie. Potrafił w ciągu dwóch dni wyprodukować amfetaminę wartości czterech milionów funtów. Brytyjska policja uznała jego narkotyki za najczystsze jakie kiedykolwiek skonfiskowała. Aktualnie jest w trakcie odbywania długoterminowej kary pozbawienia wolności. 

Obu twórców „nielegalnej sztuki” łączy paradygmat Marka Twaina: „w życiu każdego człowieka są ważne dwa dni. Pierwszy to dzień, w którym się urodził, a drugi to ten, kiedy zrozumiał po co”. 

Obaj używali swoich nadzwyczajnych uzdolnień, aby uprawdopodobnić fałszerstwo do pełnej prawdy. 

A przekornie dla początku tego felietonu obecnie, w jego końcowym fragmencie, przywołam tym razem amerykańską pisarkę i publicystkę Nelle Harper Lee. Bohaterka jej powieści Zabić drozda Maudie Atkinson wypowiada jeden z najsławniejszych cytatów: „ludzie przy zdrowych zmysłach nigdy nie są dumni ze swoich talentów”. Oznacza to, że prawdziwe uzdolnienie jest darem, a nie powinno prowadzić do pychy.

O autorze

Andrzej Zajda

adwokat, kierownik szkolenia aplikantów Szczecińskiej
Izby Adwokackiej

W działach: In Gremio 184

Przewijanie do góry