Wyobraźmy sobie sprawę w wydziale gospodarczym: powód domaga się zakazu wykorzystywania płynących zegarów w znaku towarowym pozwanego. Brzmi jak surrealistyczny żart procesowy i to żart zza grobu, albo halloweenowy scenariusz? Nieszczególnie, jeśli przyjrzymy się dość skomplikowanej – jak na ekscentryka przystało – konstrukcji prawnej, jaką jest ochrona dziedzictwa Salvadora Dalego.
Nasz wyjątkowy bohater, w przeciwieństwie do większości artystów swojej epoki, już za życia wykazywał się niezwykłą znajomością rynkowych praw korzystania z własności intelektualnej i znał doskonale wartość tego, co tworzył. Był świetnym marketingowcem, żeby nie powiedzieć – selfmarketingowcem. Gdyby nie fakt, że nie miał szans posiadać smartphona, mielibyśmy pewność, że robił selfie w bardzo precyzyjnie określonym celu – promowania siebie jako marki. Dali bowiem promował wszystko, co miało z nim związek, nawet swoje wąsy. Jak się nota bene okazało podczas jego ekshumacji w 2017 r., wąsy – pomimo upływu 28 lat od śmierci artysty – pozostały nienaruszone. Nadal wskazywały – jak życzył sobie Dali – czas: 10 minut po godzinie 22.
Podczas gdy jego współcześni często gardzili komercjalizacją sztuki, Dalí prowadził coś, co dziś nazwalibyśmy doskonałą praktyką licencyjną.

Weźmy przypadek współpracy z domem mody Elsy Schiaparelli, co jest klasyczną umową o współtwórstwo i wspólną strategią reklamową. Rezultatem tego współdziałania była słynna „sukienka z homarem”. Projekt sukni Schiaparelli połączono nie tylko z artystyczną wizją Dalego, ale jego własnoręcznym wykonaniem obrazu skorupiaka na materiale. Powstał więc klasyczny wręcz przypadek utworu współautorskiego. Jak znalazł dla aplikantów na kolokwium. Nieskompilowane, a jednak wyrafinowane!
Szczególnie interesująca jest koncepcja zarządzania prawami autorskimi do utworów artysty przyjęta po jego śmierci w 1989 roku. Swego rodzaju strażnikiem dziedzictwa artystycznego Dalego jest Fundación Gala-Salvador Dalí, która zarządza prawami. Jest to w praktyce fascynujący splot prawa autorskiego i własności przemysłowej.
Konstrukcja ma budowę piramidy. Pierwotne prawa autorskie do dzieł (wejdą do domeny publicznej w 2060 roku) są tylko pierwszą potencjalną linią natarcia. Druga, znacznie trwalsza, opiera się na prawie własności przemysłowej – charakterystyczne wąsy artysty, jego podpis, czy nawet sposób przedstawiania zegarów funkcjonują jako znaki towarowe.
Co szczególnie zabawne dla nas, prawników – artysta, który z założenia przeciwstawiał się wszelkim konwencjom, zostawił po sobie jedno z najbardziej szczelnych zabezpieczeń prawnych w świecie sztuki. Jego utwory są chronione przez system, który sam w sobie jest nieco… surrealistyczny. Wąsy mogą być tutaj znakiem towarowym, a podpis generuje większe przychody niż niejedno dzieło sztuki.
Przyjrzyjmy się konstrukcji wzorów przemysłowych w przypadku projektów użytkowych Dalego. Sofa w kształcie ust Mae West to nie jest zwykły mebel, służący do delektowania się herbatą przy kominku. To raczej skomplikowany przypadek z pogranicza prawa autorskiego i własności przemysłowej. Czym jest obiekt, który jest jednocześnie dziełem sztuki i meblem?
Fundacja prowadzi ewidentną praktykę – a nawet – politykę licencyjną. Generując miliony euro z licencji, pokazuje, jak skutecznie można monetyzować w gruncie rzeczy prawa osobiste, nawet dziesiątki lat po śmierci twórcy.
Paradoksalnie, im bliżej jesteśmy wejścia części twórczości Dalego do domeny publicznej, tym bardziej widoczna staje się skuteczność przyjętej strategii prawnej. Nawet jeśli prawa autorskie majątkowe do utworów wygasną, kontrola nad komercyjnym wykorzystaniem spuścizny artysty pozostanie cały czas w rękach Fundacji dzięki prawom własności przemysłowej.
Przypadek Dalego pokazuje nam, praktykom prawa, że czasem najbardziej surrealistyczne, dziwaczne i dość odległe połączenia różnych form ochrony prawnej mogą tworzyć najbardziej skuteczne zabezpieczenia. Podział na prawo autorskie i własność przemysłową jest podziałem utrwalonym nie tylko w przestrzeni prawnej, ale nawet wśród artystów, którzy kojarzą obraz, performance, projekt, rzeźbę z prawem autorskim, a projekt mebla i logotyp z własnością przemysłową.
Może to właśnie jest największy żart, jaki Dalí spłatał światu prawa. Pomieszał gałęzie prawne tak samo, jak pomieszał roztapiający się ser na talerzu z zegarem, tworząc „Trwałość pamięci” i pokazał, że system, który wydaje się sztywny i konwencjonalny, może być wykorzystany w sposób równie kreatywny jak jego sztuka.
Może następnym razem, gdy będziemy konstruować umowę licencyjną, warto pomyśleć: „Co zrobiłby Dalí?”.
I dokładnie wtedy, gdy wydaje nam się, że już wszystko w naszej układance jest jasne, dokładnie rozłożyliśmy na części autora, jego rodzinę, współpracowników, utwór i wykonanie artystyczne, pojawiają się codzienne problemy praktyki, które przysparzają bólu głowy nawet najbardziej doświadczonym prawnikom.
Bo jak wytłumaczyć klientowi, że jego „inspiracja” topniejącymi zegarami w etykiecie alkoholu, to jednak zbyt daleko idąca interpretacja dozwolonego użytku? Jak wyjaśnić, że topniejące zegary nie są tym czymś, co jest banalne i każdy mógł to wymyślić. No nie każdy przecież to wymyślił.
Szczególnie zabawne (oczywiście wyłącznie dla prawników) są przypadki sporów o zakres terytorialny licencji w dobie Internetu. Dalí, który uwielbiał przekraczać granice w sztuce, pewnie miałby naprawdę ubaw, widząc prawników łamiących sobie głowy nad określeniem, czy sprzedaż online lub rozpowszechnienie w sieci naruszyły terytorialne ograniczenia licencyjne.
A propos wąsów – te „dzieła sztuki na twarzy” generują osobną kategorię sporów. Ile razy można tłumaczyć klientom-przedsiębiorcom, że nie mogą użyć podobizny Salvadora ze słynnymi wąsami w logo swojej kawiarni, nawet jeśli nazwali ją „Salvador’s Coffee”? To trochę jakby surrealizm tłumaczyć racjonaliście lub odwrotnie – czasem po prostu brakuje wspólnego języka.
A sublicencja? To kolejny przystanek podczas tej prawniczej podróży absurdu. Próba kontrolowania całego łańcucha dystrybucji przypomina śledzenie topniejącego zegara – im dłużej się przyglądasz, tym mniej jesteś pewien, co właściwie widzisz. Jeśli jeszcze dolepimy do tego kreatywną księgowość niektórych licencjobiorców przy rozliczaniu tantiem, otrzymujemy obraz godny najlepszych surrealistów.
Może właśnie dlatego praktyka prawa własności intelektualnej jest tak fascynująca – bo czasem przypomina obrazy Dalego. Na pierwszy rzut oka wszystko wydaje się płynne i nieprzewidywalne, ale pod powierzchnią kryje się precyzyjna struktura prawna. I tak jak w przypadku interpretacji dzieł surrealisty, tutaj również liczy się nie tylko znajomość przepisów, ale także umiejętność dostrzeżenia tego, co nie jest oczywiste na pierwszy rzut oka. Szczególnie z prawem autorskim jest jak z twórczością. Nic nie jest oczywiste.
A może następnym razem, gdy będziemy konstruować umowę licencyjną, warto nie tylko zapytać „Co zrobiłby Dalí?”, ale także „Jak uniknąć surrealizmu w zapisach umownych?”. Chociaż, znając życie, i tak prędzej czy później przyjdzie nam bronić przed sądem tezy, że wąsy mogą być znakiem towarowym, a topniejące zegary nie są jedynie inspiracją. Lub odwrotnie.