W ciemnej sali kinowej wyświetlany jest najnowszy blockbuster. Publiczność podziwia oszałamiające krajobrazy, emocjonujące sceny walki i, rzecz jasna, postacie. Tylko nieliczni zauważają, że połowa tych ujęć nigdy nie została sfilmowana przez żywego autora zdjęć, a większość statystów to cyfrowe twory, które nigdy nie zagościły na planie filmowym. Oto era AI w filmie – era, która wprowadza bezprecedensowy chaos do świata prawa autorskiego.
Kto jest autorem, gdy „twórcą” jest algorytm?
Film, tak jak go rozumieliśmy do dziś, to dzieło zbiorowe z jasno określonymi rolami. Reżyser daje wizję i kierunek, autor zdjęć tworzy obrazy, scenarzysta układa dialogi i tworzy opowieść. Każdy z tych twórców ma prawa do swojego wkładu. Kto jednak jest autorem czy współtwórcą, gdy to generatywna AI tworzy ujęcia, koncepty postaci czy nawet całe sekwencje?
Cały czas w prawie autorskim funkcjonuje twardy kurs ludzki, z którego wynika, że tylko dzieło ze znacznym wkładem pracy ludzkiej może być uznane za utwór. Nie ma utworu bez człowieka.
Problem zatacza szersze kręgi, gdy producenci wykorzystują systemy AI trenowane na ogromnych zbiorach filmowych i fotograficznych – najczęściej bez zgody oryginalnych twórców. Kiedy reżyser poprosi AI o stworzenie ujęcia „w stylu Kubricka”, algorytm wykorzysta wzorce wizualne wyabstrahowane z filmów tego mistrza. Czyli najzwyczajniej w świecie „zaciągnie” filmy Kubricka. Czy jest to tylko inspiracja, czy już naruszenie praw autorskich?
Fabryka podróbek czy narzędzie artystów?
Studia filmowe, znane z bardzo konsekwentnej polityki dbania i ochrony swoich praw, patrzą z niepokojem na nową rzeczywistość. Fani i widzowie przy użyciu ogólnodostępnych narzędzi AI tworzą kontynuacje kultowych filmów, alternatywne zakończenia czy sceny z udziałem zmarłych aktorów. YouTube nawiedzają trailery do nieistniejących filmów, często łudząco podobnych do oryginalnych produkcji.
Toczą się procesy, składane zarówno przez studia filmowe, jak i indywidualnie twórców. „Studnia bez dna plagiatu”, jak określono firmę Midjourney, została pozwana przez: Disney Enterprises, Marvel, Lucasfilm, 20th Century, Universal City Studios Productions oraz DreamWorks Animation. Główny zarzut przeciwko Midjourney to stworzenie narzędzia umożliwiającego użytkownikom generowanie obrazów i filmów, które z łatwością zmieniają wizerunek ich kultowych postaci za pomocą prostych komend.
Jednocześnie same studia coraz śmielej sięgają po AI. Disney wykorzystuje Deep Fake do odmładzania aktorów, Netflix testuje AI do generowania scenariuszy, a mniejsi producenci używają narzędzi jak Runway czy Midjourney do tworzenia tła i efektów specjalnych. Powstaje paradoksalna sytuacja – te same firmy, które walczą z wykorzystaniem AI przez fanów, same chętnie korzystają z jej możliwości.
Współautorstwa w świecie promptów
Szczególnie skomplikowana staje się kwestia współautorstwa. Tradycyjnie, jeśli autor zdjęć i reżyser współtworzą ujęcie, obaj mają do niego prawa. Ale co w sytuacji, gdy któryś z nich używa AI? Np. autor zdjęć korzysta z programu, który został wytrenowany na pracach setek innych operatorów?
Żadne prawo autorskie ani polskie, ani żadne inne nie jest gotowe na proste rozwiązanie tego problemu. Artykuł 8 Ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych jednoznacznie wiąże autorstwo z osobą, która stworzyła utwór i której nazwisko znajduje się na egzemplarzu utworu. Jednak rodzi się pytanie, czy napisanie promptu to tworzenie? Kto ma w takie sytuacji większy wkład twórczy, autor promptu czy twórcy dzieł, na których wytrenowano model?
Sytuacja jest jeszcze bardziej skomplikowana, gdy mówimy o globalnym rynku filmowym. W Japonii wykorzystanie chronionych materiałów do trenowania AI jest legalne, w USA kwestia podlega interpretacji doktryny fair use, a w Unii Europejskiej sytuacja jest wciąż niejednoznaczna i nieuregulowana. Z jednej strony straszne, z innej ciekawe.

Aktorzy w zderzeniu z cyfrowymi klonami
Szczególnie dotkliwie skutki rewolucji AI odczuwają aktorzy. Strajk SAG-AFTRA w 2023 roku koncentrował się właśnie na kwestii praw do cyfrowych wizerunków aktorów. Hollywoodzkie gwiazdy obawiają się, że studia będą tworzyć ich cyfrowe klony, które mogą „grać” w nieskończonej liczbie produkcji. Jak łatwo zauważyć, to nie jest tylko kwestia utraty pracy. To pytanie o ochronę wizerunku. Czy bowiem studio, które raz zeskanuje aktora, może wykorzystywać jego cyfrową kopię przez dziesięciolecia? A co po śmierci aktora? Kto dziedziczy prawa do jego cyfrowego odpowiednika? Czym w ogóle jest ten cyfrowy odpowiednik? Czy to kopia, rozpowszechnianie, czy po prostu wizerunek.
Technologia Deep Fake umożliwia już tworzenie bardzo realistycznych wizerunków gwiazd kina. Obserwujemy paradoksalną sytuację, w której wizerunek aktora, niegdyś ściśle kontrolowany przez agentów i studia, staje się zasobem, który każdy posiadacz odpowiedniego oprogramowania może dowolnie zmieniać.
Twórcy i maszyny – walka o uznanie
Filmowcy stoją przed egzystencjalnym dylematem – adaptować się, czy walczyć z nową technologią? Część artystów z branży filmowej widzi w AI szansę na demokratyzację tworzenia i przełamanie monopolu wielkich studiów. Inni ostrzegają przed dewaluacją ludzkiej twórczości. Istnieje oczywiście też dystopijna wizja przejęcia przez AI kontroli nad światem filmu, albowiem pozostali uczestnicy tworzenia filmu nie będą już potrzebni. Wystarczy odpowiednie zaciągnięcie danych z wzorców i możemy „tworzyć” wszystko.
Kwestia pragmatyki i tego, co zostanie z prawa autorskiego to jedno, ale dla prawników na obecnym etapie istotne jest, jak definiować w ogóle twórczość. Jeśli to algorytm generuje ujęcie podobne do wielotygodniowej pracy twórców w ciągu sekund, jaka jest wartość dekad doświadczenia i artystycznej wrażliwości?
Nowe regulacje
To, że prawo jest spóźnione, jest dość oczywiste. Nie pierwszy raz i nie ostatni. Problemem jest raczej to, że prawnicy nie bardzo mają pomysł na to, jak regulacja może wyglądać. Mam wrażenie, że nie istnieją odpowiednie platformy do dyskusji na ten temat. Ustawodawcy na całym świecie dopiero zaczynają reagować na wyzwania stawiane przez generatywną AI. Unia Europejska skonstruowała AI Act, który reguluje jednak wykorzystanie sztucznej inteligencji, ale trzeba pamiętać, że AI Act bardziej koncentruje się na kwestiach bezpieczeństwa niż nad ochroną idei ludzkiej, pracy ludzkiej, a już z pewnością nie mówi nic o pojęciu utworu.
Obecnie wprowadza się znakowanie utworów poprzez watermark, ale mamy wszyscy świadomość, że to oczywiście jest jakieś wyjście, jednak tylko w kontekście wykorzystywania utworów, które są wykorzystywane do treningu AI. Ale co z tym, co powstaje w wyniku pracy człowieka z AI? Póki co żaden sąd czy urząd rejestracyjny nie uznaje tego rodzaju dzieł (wytworów) utworami w rozumieniu prawa autorskiego. W dalszej perspektywie może to rodzić chaos. Co zrobi Kris Kashtanova, gdy zaczniemy swobodnie publikować tła, postery, banery, koszulki i czapki z wizją „Zarya of the dawn”.
Do czasu wypracowania nowych standardów, branża filmowa pozostaje, co tu dużo mówić, w prawnej szarej strefie, żeby nie powiedzieć, że spadnie na czarny rynek. Studia eksperymentują z technologią, balansując między innowacją a ryzykiem prawnym. Twórcy walczą o uznanie swojego wkładu. Niewątpliwie prawnicy zajmujący się prawem autorskim mają duże możliwości kreacyjne i mają szansę „wynaleźć koło”.
Jedno jest pewne – film, jaki znaliśmy przez ponad stulecie, zmienia się na naszych oczach. A wraz z nim na pewno zmieni się prawo. Czekając na te zmiany, możemy tylko zadawać pytanie: czy w napisach końcowych przyszłych filmów znajdzie się miejsce dla autorów, ludzi z krwi i kości, czy też zastąpią ich algorytmy, których twórczość całkowicie wymyka się tradycyjnym definicjom autorstwa.