Zacznijmy od tego, że nie ośmieliłbym się nigdy stwierdzić, iż nie lubię pracować. Za to dla odmiany uwielbiam próżnować. Nie ma nic przyjemniejszego od chwil, w których mogę wyciągnąć się wygodnie w fotelu z lampką czerwonego, koniecznie wytrawnego wina, w wytartych dresach i skarpetkach, których struktura tekstylna nie utrudnia cyrkulacji powietrza.
Nie, ja pracować nie lubię. Wolę próżnować i myśleć o wszystkich pięknych rzeczach, które można by zrobić. Nie lubię pracy – żaden człowiek jej nie lubi – ale lubię to, co jest w pracy – sposobność do odnalezienia siebie samego, swej własnej rzeczywistości – dla siebie, nie
dla innych – której inni ludzie poznać nie mogą. Widzą tylko pozory i nigdy nie są w stanie powiedzieć, co one naprawdę znaczą.
Joseph Conrad, „Jądro ciemności”
Próżniaczy styl życia nie wyklucza oczywiście innych konfiguracji, w których strój jest ciut bardziej zacny, fotel zamieniam na wersalkę, a wino czerwone na białe, względnie na lampkę aromatycznego, rozgrzanego temperaturą dłoni koniaku. A wtedy nie ma już żadnych, najmniejszych przeszkód, abym mógł oddać się rozmyślaniu na temat tego, co mógłbym robić wartościowego w życiu, gdybym tak bardzo nie lubił takich próżniaczych momentów w swoim życiu. A wtedy myślę o sprawach w toku, aby móc płynnie przejść w sfery pozasądowego żywota. A wtedy planuję podróże, kupuję bilety lotnicze, piszę scenariusze symulacji rozpraw sądowych, umawiam spotkania z dzieciakami i seniorami. I dochodzę do wniosku, że próżniactwo to ciężka praca.
Próżniacze nastawienie do życia nie zwalnia mnie też od powinności napisania codwumiesięcznego felietonu. Nigdy jednak, przenigdy, nie ośmieliłbym nazwać procesu twórczego związanego z jego powstawaniem pracą. Po pierwsze, nikt za ten trud mi nie płaci, po drugie, każdemu uderzeniu w klawisze towarzyszy myśl, że przecież z dużą dozą prawdopodobieństwa niewiele osób moje wypociny przeczyta. A jeśli już poświęci na to kilka chwil, to na pewno nie przeczyta ze zrozumieniem. O ile oczywiście uda sklecić mi się coś sensownego, bo teza, że zawsze mi się to udaje, jest tak samo niepewna, co ryzykowna.
Jako typowemu Polakowi zdecydowanie bliżej mi do narzekania, aniżeli do zadowolenia. I gdyby nie wybrzmiało to wystarczająco wyraźnie w poprzednim akapicie, to teraz powinno zabrzmieć to zdecydowania mocniej. Bo Polak i sędzia jednocześnie, to mieszanka w narzekaniu wyjątkowa. Nie spotkałem chyba w swoim życiu takiego sędziego, który byłby zadowolony, nawet ci w stanie spoczynku narzekają, a cóż mogą powiedzieć ci, którzy na pierwszym lub drugim odcinku wymierzania sprawiedliwości borykają się z problemami życia doczesnego. A sędziom przeszkadzać może wszystko. Kiedyś narzekali na brak asystentów, teraz narzekają na ich wiek i brak doświadczenia uosabianego przez mających już niedługo zasilić sądownictwo studentów prawa. Kiedyś sądzili na trzech wokandach w tygodniu, dzisiaj na dwóch lub w mniejszym wymiarze tygodniowym – na wino zapraszam tego, kto zna sędziego zadowolonego z liczby wpływającym mu do decernatu spraw (w tym miejscu pozwolę sobie poczynić dygresję, że w zakładzie nie uwzględniam sędziów z wydziału penitencjarnego).
Do maszyny losującej zwanej „sądolotkiem” sędziowie już się przyzwyczaili, ale teorii spiskowych na temat tego, czy ręcznie nie manipuluje wpływem spraw do sędziowskich decernatów jakiś magik-informatyk, działający z nadania i pod auspicjami byłego już ministra sprawiedliwości, było mnóstwo. Narzekania oczywiście także. Zmienił się minister sprawiedliwości, maszyna losująca działa tak samo nietransparentnie jak działała, narzekać więc sędziowie muszą na coś innego. Spectrum narzekań jest olbrzymie, od nowej Krajowej Rady Sądownictwa, aż po ministra sprawiedliwości.

A jeśli już jesteśmy przy ministrze sprawiedliwości, to onegdaj niejaki Andrzej Poniedzielski stwierdził, mówiąc o kwestiach zdecydowanie bardziej od sfery prawa odległych, że w przypadku mężczyzn „można zmienić kobietę. Ale to niczego nie zmienia”. Postawię w tym miejscu roboczą tezę, że można zmienić ministra sprawiedliwości, ale to niczego nie zmienia. A na pewno nie zmienia poziomu narzekań sędziów na rzeczonego ministra. Z tym oczywiście zastrzeżeniem, że chwilowo z narzekaniami wstrzymują się ci, których minister obdarzył synekurami awansów służbowych lub choćby tylko dodatków finansowych, a zaczynają narzekać ci, których od synekur i gratyfikacji odsunięto. Co na osi czasu i tak ślad zostawi o tyle niewielki, że jak znam życie i sędziowską mentalność – i tak niedługo narzekać na ministra będą i ci awansowani i doceniani. Do momentu rzecz jasna, w którym ten lub przyszły premier uzna, że misja kolejnego ministra sprawiedliwości zakończyła się spektakularnym sukcesem, co pociąga za sobą dokonania zmian personalnych na tym niezwykle ważnym stanowisku.
O ile w sferze polityki personalnej i mentalności sędziowskiej mam pewne kompetencje do snucia tez, teorii i koncepcji, to świat prokuratorów jest dla mnie obcy i zdecydowanie bardziej nieprzewidywalny. A jak wieszczą ostatnie doniesienie prasowe, niechęć do ministra sprawiedliwości żywić zaczął sam prokurator krajowy. Na ile jest to uczucie wzajemne i kto pierwszy miał zapałać niechęcią i do kogo, nie ma w tym miejscu znaczenia, ważnym jest to, że jak zwykle poszło o to, kto i gdzie ma awansować. I oczywiście z czyjego namaszczenia.
I mógłbym w tym miejscu całe akapity wystukać na okoliczność tego, że jak zwykle przywracanie (jakiejkolwiek) praworządności polega na tym, żeby mieć moc sprawczą na obsadzania synekur i bycia w strukturze rozdawnictwa odpowiednio docenionym, ale tu zaskoczę. Tak było, jest i będzie, wszak polityka to nic innego jak system, w których walczy się o władzę i dba o to, aby ją utrzymać, a władza sądownicza jest władzą taką samą jak każda inna. A nawet jeśli jest inna, ważniejsza i bardziej sprawcza – to tym bardziej zakusy do tego, aby ją zdobyć i utrzymać będą większe.
A jak ma się to do próżniaczego trybu życia?
Tu Czytelniku znacząco zmilczę. Nie, żebym dopijał wino, jedna lampka to wszak kropla w morzu potrzeb. Może i mam skłonności do próżniaczego trybu życia, może i naiwnie piętnuję skłonność ludzką do wspinania się po ścieżkach awansów i synekur. Ale kiedy myślę sobie o tym, że skoro pewien niespełna trzydziestoletni radny, a równocześnie lekarz bez specjalizacji, w 2025 roku zarobił z praktyki zawodowej astronomiczne 1,6 miliona złotych, to dowód na to, że jestem nie tylko próżniakiem, ale przede wszystkim nieudacznikiem życiowym.
Kropka.
O autorze

Arkadiusz Krupa
sędzia Sądu Rejonowego w Łobzie, autor „Ślepym Okiem Temidy”
W działach: In Gremio 184