Dla 10.237,177 Polaków* ogłoszenie wyników wyborów prezydenckich w dniu 01 czerwca 2025 roku było traumatyczną datą. To tak jakby w jednej chwili Lord Voldemort i Darth Vader równocześnie zstąpili na polską ziemię, niosąc zniszczenie, zagładę i zdecydowanie więcej, aniżeli siedem egipskich plag razem wziętych. A przynajmniej smugę cienia, okrywającą ponurym nimbem demokratyczne swobody. Czas jednak ma to do siebie, że płynie nieubłaganie. W niektórych domach trwają rozważania o wyższości tępego boksera z klatą niczym jak szafa trzydrzwiowa z IKEA, nad wyrafinowanym intelektualistą i poliglotą, o aparycji zmęczonego życiem filmowego amanta.
Płeć, wiek, rasa — takie gówniane rzeczy dzielą ludzi.
Jedyne, co nas łączy, to walka o to, kto lepszy.
William Wharton, Ptasiek
Na szczęście dramat wyborów prezydenckich szybko przykrył dramat polskiej kadry piłki nożnej kopanej, żywo pokazując, że sport i tężyzna fizyczna w odbiorze społecznym wciąż mają przewagę nad blichtrem i finezją. Czy to prezentowanym przez Rafała Trzaskowskiego, czy – przyznajmy bez ogródek, w wersji zdecydowanie bardziej topornej – przez Michała Probierza. Tego pierwszego pokonał przeciętny bokser, drugi nie sprostał rozwydrzonemu stadku przeciętnych piłkarzy, pod wodzą piłkarza zapewne wybitnego, aczkolwiek mającego szczyt swoich życiowych możliwości tylko niewiele bliżej, niźli Steven Seagal sześciopak na brzuchu.
Trzeba przyznać, że wydarzenia związane z kadrą piłkarską były równie zaskakujące zwrotami akcji jak wybory prezydenckie. Od początku mieliśmy wyraźnego faworyta, który zbudował silną markę osobistą, wspartą zresztą wcześniejszymi sukcesami zawodowymi. I jeden i drugi regularnie, z każdym nieomal krokiem trwonili kapitał i zaufanie społeczne, krocząc nader prostą drogą ku swej porażce. I nawet na mecie, kiedy rozsądny obserwator wydarzeń (ot, choćby taki Donald Tusk) wiedział, jakie będzie nieuchronne rozstrzygnięcie, każdy z naszych bohaterów ogłaszał swoją victorię, że wszystko jest pod kontrolą, Z tym, że w przypadku Rafała Trzaskowskiego kapitulacja nie dotyczyła dwudziestu kliku kadrowiczów, lecz, póki co, 10 606 877 obywateli głosujących za kandydaturą „obywatelskiego” kandydata Karola Nawrockiego.
A gdyby odwrócić matematyczny rachunek? I spojrzeć na wyniki nie jak na smugę cienia, lecz jako triumf demokracji, okraszony ogromną jak na nasz kraj wyborczą frekwencją? Oj nie. Przecież Polak, nawet liberał, nawet demokrata wie lepiej. I wymyśla, że to wybór ciemnoty, debili, głupców, ludzi opętanych putinowską wizją świata i krok do wyprowadzania Polski nie tylko z Unii Europejskiej, co z kręgu demokratycznego. Nie-demokrata też oczywiście wie lepiej i już widzę nagłówki postów mediów prawicowych, jakie mogłyby towarzyszyć wygranej Trzaskowskiego: wieszcząc zmierzch tradycyjnych wartości, prześladowania religijne, fale imigrantów zalewających kraj i zaraz potem zmieniających swobodnie, niczym rękawiczki, płeć. No i te wszechogarniające rozpasanie seksualne. Nie wspominając o kaście sędziowskiej, ramię w ramię z lewackimi rządami, burzącej wszelkie standardy państwa prawa.
I tu dochodzimy do czegoś, co można uznać jeśli nie za polityczny game changer, to na pewno za game changer owego felietonu. Bo otóż rzeczone „państwo prawa” przez każdą ze stron politycznego obozu w naszym kraju (nie licząc piłkarzy kopaczy) odmieniane jest z tak wielkim namaszczeniem, że aż strach, jak skomentowałby to profesor Bralczyk.
O państwie prawa pisały zdecydowanie większe tuzy intelektualne ode mnie. Sadzę, że nawet pod przeciętnym osiedlowym spożywczakiem, w kuszących okolicznościach natury i w towarzystwie dobrych trunków (w tym miejscu wyjrzyj Czytelniku przez okno, jeśli rzeczone okoliczności natury sprzyjają, natychmiast odłóż trzymane w ręku wypociny i udaj się celem oddania prawdziwie przyjemnym doznaniom) usłyszeć można lepsze i treściwsze, politologiczne analizy od tych, które kiedykolwiek opuszczą opuszki moich palców. Kurtyną milczenia otulmy używane słownictwo, pomińmy słowa zazwyczaj uznawane za obelżywe – i wsłuchajmy się w ich opowieść. Jakże różną częstokroć od tej, którą sami chcemy słuchać. Bo jestem przekonany, że dla większości obywateli, daleko wychodząc poza limity głosów uzyskanych w wyporach prezydenckich przez obydwu kandydatów, najważniejsze z perspektywy praworządności jest to, że mogą oni liczyć na sprawne rozstrzygnięcie ich problemów prawnych przez powołane do tego organy. Tu jednak statystki pracy sądów są nieubłagane, wskazując na – najogólniej rzecz ujmując – brak sprawności i sprawczości działania sądów powszechnych. Co szczególnie widoczne jest w oczywisty sposób w sprawach cywilnych i rodzinnych. I przyznam, że jako sędziemu jest mi wręcz wstyd słuchając o tym, że na uzasadnienie w niektórych sądach czeka się ponad rok (a nawet trzy lata), i to bez żadnych nadzwyczajnych przesłanek powodujących wydłużenie tegoż terminu. Gdy dodać do tego odległe terminy dzielące rozprawy, odwoływanie tychże pod byle pretekstem i coraz bardziej iluzoryczne terminy do udzielenia zabezpieczenia – musisz przygnać Czytelniku, że czara goryczy może przelewać się, a wręcz zalewać. Wątrobę.
Nie sądzę, aby w społecznych dyskusjach, czy to pod sklepem spożywczym, czy przy kawie u cieci Zosi, dyskutanci poruszali genezę. Genezę zmian w sądownictwie, szczególnie zaś w składzie Sądu Najwyższego. Pojęcie neo-sędziego (i tak samo paleo-) jest dla nich obce, a jeśli nabiera jakiegoś wymiaru, to li tylko przez pryzmat internetowo-telewizyjnej wiedzy, serwowanej im przez wybrane media. Większość z głosujących w ostatnich wyborach prezydenckich, ale i tych, którzy od głosu się wstrzymali, nie pamięta okoliczności wyboru nadprogramowych sędziów Trybunału Konstytucyjnego w roku 2015 roku przez ówczesną większość parlamentarną, żenujących reform sądownictwa imć Gowina. Jako wisienkę na torcie wspomnę korespondencję sądową dostarczaną do –sic! – sklepów spożywczych, przez kurierów InPostu.
Czy płynie z tego jakiś morał? Chyba tylko jeden, że nawiązywanie do przeszłości, wypominanie błędów, obrzucenie błotem w dzisiejszych czasach jest przeciwskuteczne. Być może nawoływanie do rozliczeń, a wręcz i same rozliczenia także. Kandydatura Karola Nawrockiego żywo pokazała, że wyborca nie kieruje się racjonalnością, o jakiej marzą filozofowie prawa, a przynajmniej mityczny USTAWODAWCA. A niezadowolonych, szczególnie ze sposobu działania wymiaru sprawiedliwości jest wielu, i nie można ich w żaden sposób zakwalifikować do elektoratu żadnej z opcji. Rzekłbym, jest to niezadowolenie ponad podziałami. Jeśli zatem ma dojść do prawdziwej jego reformy, to tylko w sposób, który będzie prawdziwie dążył do rozładowania społecznych oczekiwań. Społecznych, czyli nie partykularnych postulatów plemiennych kacyków z różnych stron politycznej barykady. Do grona których pozwolę sobie zaliczyć wielu sędziów. O prokuratorach, a na pewno o co najmniej jednej, wojującej (ze wszystkimi) prokuratorce nie zapominając.
Kropka.
*W chwili pisania tych słów ponowne liczenie głosów trwa, ale już teraz wiadomo, że nie jest to liczenie sędziego ringowego, po którym bokser ma szanse wstać i stanąć do dalszej walki. Tym bardziej liczby podawane należy traktować z niewielką dozą ostrożności, nie większą wszakże aniżeli trzysta tysięcy.